tag:blogger.com,1999:blog-64812562206100523832020-12-03T22:41:05.083+01:00Angelika Niedźwiedzka Beauty Blogdhttp://www.blogger.com/profile/14864244158757461829[email protected]Blogger175125tag:blogger.com,1999:blog-6481256220610052383.post-50495972040927652492018-07-13T18:56:00.000+02:002018-07-13T18:57:18.365+02:00Produkty do opalania Kolastyna | Recenzja

Cześć Piękni! 
Lato w pełni a właśnie trwa najcieplejszy miesiąc roku, dlatego pamiętajcie, że warto chronić się przed szkodliwym działaniem promieni słonecznych. Dzisiaj mam dla was kilka produktów, które będą was zarówno chronić, jak i wspomagać proces opalania w bezpieczny sposób.

Marka Kolastyna od dziecka kojarzy mi się z produktami związanymi z opalaniem. Pamiętam, że moja mama używała ich samoopalaczy, więc związek ten dość mocno utrwalił się w moim umyśle. Sama jednak nie miałam zbyt wielu ich produktów, ale w końcu się to zmieniło.






Ochronny krem do twarzy SPF 30
Kremy ochronne z filtrami to produkty, których latem używam nałogowo. Od pewnego czasu moim ulubieńcem stały się azjatyckie kremy bb, które zawsze mają wysokie filtry. Ochronę mam więc zapewnioną cały rok (jeśli chodzi o twarz, jest to bardzo ważne!). Latem jednak chcę mieć pewność, że jestem w pełni chroniona, dlatego stosuję w tym celu również osobny krem.
Produkt Kolastyny jest całkiem przyjemny w użyciu. Trochę bieli, jednak nie jest to dla mnie problem. Konsystencja jest fajna, nie mam problemu aby nałożyć pełen makijaż. Krem może się trochę rolować pod podkładem, ale jeśli nałożycie go gąbeczką, ruchem stemplującym, wszystko powinno być w porządku. Wadą jest jednak to, że po kilkunastu minutach od nałożenia zaczynamy czuć w ustach gorzki smak.




Emulsja przyspieszająca opalanie SPF 6

Jest to produkt, który testowałam trochę mniej, ze względu na bardzo niską ochronę przeciwsłoneczną. Jeśli mnie znacie, wiecie że unikam opalania i jeżeli smaruję się produktem ochronnym, najlepiej aby było to SPF 30 lub 50. Konsystencja kremu jest fajna, choć nie mam wielkich wymagań odnośnie produktów przeciwsłonecznych do ciała. Kosmetyk trochę się klei i jest to normalne dla większości produktów z tej półki cenowej. Mnie to zupełnie nie przeszkadza. Nie ocenię wpływu na przyspieszenie opalania, ponieważ staram się nie doprowadzić do sytuacji, w której moja skóra się opali.




Wet skin spray 3w1

Produkt genialny i bardzo dobrze pomyślany. Stworzony został dla sportowców, jednak myślę, że każdy doceni jego zalety. Przede wszystkim, jest w formie płynnej, a aplikujemy go jako mgiełkę na ciało. Jest to rozwiązanie bardzo wygodne. Ponadto przyspiesza powstawanie opalenizny oraz możemy stosować go na mokrą skórę. Zawarte w nim karotenoidy mają również działanie antyoksydacyjne. Ochrona w przypadku tego produktu to SPF 30




Odżywczy olejek do opalania SPF 15

Olejek ten ma, według mnie, zdecydowanie zbyt niską ochronę przeciwsłoneczną, jednak poza tym sprawdził się u mnie dobrze. Nadaje skórze piękny, mokry blask, więc jest idealny na wieczorne wyjście czy wakacyjny wyjazd. Sprawdzi się też dobrze na co dzień. Ja używam go jako dodatkowej ochrony po kilku godzinach od nałożenia kosmetyku z większym filtrem.




Emulsja do opalania SPF 20

Mój ulubiony produkt z całej linii. Jest to tradycyjny ochronny krem do ciała. Pozostawia, co prawda, na skórze poblask i długo się wchłania, jednak nie mam o to do niego żadnych pretensji. Jego głównym zadaniem jest ochrona i w tej roli bardzo dobrze się sprawdza. 




Turbo przyspieszacz opalania

Jak możecie się domyślać, ten produkt testowałam najmniej i nie jest on dla mnie zbyt przydatny, ponieważ się nie opalam. Próbowałam testować go przez kilka dni jako samoopalacza, jednak nie zauważyłam szczególnej różnicy. Producent zaleca używać go przed ekspozycją na słońce, więc pewnie dopiero po kontakcie z promieniami UV kosmetyk ma szansę zadziałać.




Balsam po opalaniu S.O.S.

Jako że się nie opalam, nie opowiem wam jak produkt ten sprawdza się w łagodzeniu oparzeń słonecznych. Stosowałam go natomiast jak normalny balsam, a jako że ma w składzie pantenol czy alantoinę, to jak najbardziej można używać go na co dzień. Z takiego działania byłam jak najbardziej zadowolona - produkt jest lekki i szybko się wchłania, choć jeśli macie ultra suchą skórę, może nie dać rady.

Muszę przyznać, że zaprzyjaźniłam się z rodziną produktów Kolastyna i bardzo przyjemnie mi się ich używa. Nie wszystkie są oczywiście dla mnie, jednak produkty chroniące przed słońcem zasługują na uwagę i warto je przetestować.

Znacie kosmetyki marki Kolastyna? Które są waszymi ulubionymi?




Nie zapomnijcie o Instagramie!

Instagram

I Facebooku!

dhttp://www.blogger.com/profile/14864244158757461829[email protected]92
tag:blogger.com,1999:blog-6481256220610052383.post-82091291129494205762018-05-25T17:07:00.000+02:002018-05-25T17:07:32.408+02:00Meet Beauty IV | Relacja

Cześć Piękni! 
Tradycją dla mnie stało się już, że raz w roku odwiedzam Warszawę by wziąć udział w konferencji dla blogerów urodowych Meet Beauty. Mam przyjemność uczestniczyć w tej imprezie od samego początku, a po każdej edycji możecie znaleźć na moim blogu relację z wydarzenia. Czas więc na podsumowanie tegorocznej edycji.

W tym roku Meet Beauty odbyło się w Hotelu Lord w czasie przedostatniego kwietniowego weekendu. Jako że do Warszawy przyjechałam w piątek, mogłam się spokojnie wyspać przed pełną emocji sobotą. W tej edycji po raz pierwszy został wprowadzony podział blogerek na kategorie, którymi się zajmują. Każda z nas dostała identyfikator na smyczy w kolorze odpowiadającym jej kategorii, dlatego łatwo można było odnaleźć osoby o podobnych zainteresowaniach :)
Jako że tym razem udało mi się zapisać na wszystkie warsztaty, na które chciałam, mój grafik był ułożony idealnie. Sobotę zaczęłam od wykładów Ani Pytkowskiej i Agwer dotyczących Instagrama. Wykład Ani dotyczył kwestii technicznych czyli jak działać, aby Instagram nie tylko nie obcinał naszych zasięgów, ale wręcz pomagał nam zdobywać popularność. Dowiedziałam się naprawdę przydatnych rzeczy, poznałam swoje błędy i zainspirowało mnie to do zwrócenia większej uwagi na to co i jak publikuję. Obecnie staram się bardziej rozwinąć mojego Instagrama, dlatego jeśli jeszcze mnie nie śledzicie, zapraszam (klik). 



Wykład Agnieszki Agwer dotyczył natomiast wykonywania zdjęć na Instagrama, czyli kompozycji, ustawień aparatu itp. W tym przypadku wiedziałam już o wiele więcej, jednak jeśli ktoś nie wie w jaki sposób ustawić aparat (a obecnie manualnie ustawiać możemy już nawet komórki) aby wykonywać lepsze zdjęcia, to na pewno również skorzystał.
Następne w harmonogramie były warsztaty z marką O2 Skin. Przeprowadzone były w formie wykładu, jednak tutaj również dowiedziałam się ciekawych rzeczy. Muszę przyznać, że wcześniej nie wiedziałam w jaki sposób działają kosmetyki tlenowe ani czym się charakteryzują. Moja kosmetyczna ciekawość została zaspokojona i bardzo się cieszę, że dowiedziałam się jak to wszystko funkcjonuje, po czym rozpoznać dobry kosmetyk tlenowy itp. W warsztatach wzięły również udział dziewczyny będące ambasadorkami marki, które opowiadały o swoich doświadczeniach z nimi. Całość wydała mi się bardzo szczera - przedstawicielka marki podała nam konkretne dane dotyczące stężenia tlenu po konkretnym czasie od otwarcia produktu i inne "mniej wygodne fakty", natomiast ambasadorki podzieliły się z nami zarówno pozytywnymi, jak i negatywnymi opiniami. Właśnie ta szczerość zrobiła na mnie najlepsze wrażenie. "Siedzę" w kosmetykach i interesuję się tym na tyle długo, że nikt mi nie wmówi haseł rodem z reklam. Oprócz tego mogłyśmy podpowiedzieć jakie kosmetyki firma mogłaby stworzyć, czego jeszcze brakuje nam w asortymencie i wszystkie inne uwagi, co było bardzo miłym gestem.



Ostatnimi warsztatami tego dnia było spotkanie z Annabelle Minerals. W tym roku firma przygotowała dla nas pokaz makijażu na modelce przeprowadzony przez makijażystkę marki. Mimo całej mojej sympatii dla marki, uważam że warsztaty wypadły niezbyt ciekawie. Przede wszystkim, siedząc na środku lub na końcu sali nie było zupełnie widać co dzieje się na twarzy modelki. Oczywiście makijażystka tłumaczyła wszystko, jednak przydałaby się kamera i rzutnik, aby na bieżąco wyświetlać obraz na ekranie.



W przerwach między zajęciami planowymi odwiedziłam stoiska marek partnerskich oraz spędzałam czas z innymi dziewczynami. W tym roku po raz kolejny spotkałam Kasię z KathyLeonia oraz Asię, Kolorowego Pingwina :) Poznałam natomiast Kotaleczkę, Diane Fashion, Pieknopomojemu, HairbyJul, Brylantinę, Natalię, a choć przez chwilę miałam okazję porozmawiać z jeszcze większą ilością dziewczyn :) 
Hotel Lord w oba dni konferencji zaserwował nam też pyszny obiad w formie szwedzkiego stołu z naprawdę dużą ilością dań. Myślę, że każdy znalazł tam coś dla siebie. Oprócz pierwszego i drugiego dania były również oczywiście fotogeniczne desery :) W strefie Meet Beauty dostępne były jednak również przekąski i napoje.
Resztę soboty spędziłam spokojnie, przygotowując się na kolejny dzień konferencji, natomiast niedzielę zaczęłam warsztatami z marką Natura Siberica. Dowiedziałyśmy się podczas nich czym są dzikie zbiory, w jaki sposób marka pozyskuje wykorzystywane w kosmetykach składniki oraz czym różnią się kosmetyki naturalne, organiczne itd. Najciekawszą częścią było jednak tworzenie własnego, cukrowego peelingu do ciała, który pokazywałam wam na Instagramie.



Kolejnym punktem harmonogramu były warsztaty makijażowe z marką Pierre Rene, które poprowadziła cudowna Klaudia Owczarek. W przeciwieństwie do sobotnich warsztatów z Annabelle, marka zastosowała kamerę połączoną z rzutnikiem oraz ring light, dzięki czemu wszystko było doskonale widoczne na ekranie. Klaudia podzieliła się z nami swoimi sposobami na makijaż w stylu cut crease, a po zakończeniu warsztatów można było zamienić z nią słówko i zrobić sobie zdjęciem.
Ostatnim wydarzeniem było case study poświęcone metamorfozie bloga. Niestety, ale z racji że razem z innymi dziewczynami musiałyśmy dojechać aż z Wrocławia, nie mogłyśmy na nim zostać, , więc odebrałyśmy paczki i wyszłyśmy wcześniej. Słyszałam jednak, że jest czego żałować :)

Czas płynie bardzo szybko w tak miłym towarzystwie i wśród tylu atrakcji, więc weekend minął bardzo szybko. Czwartą edycję będę wspominać bardzo miło i już nie mogę doczekać się piątej :) Niedługo na Instagramie ogłoszę natomiast konkurs, w którym podzielę się z wami dobrociami, które przywiozłam z Warszawy.

Byliście na ostatniej edycji Meet Beauty? :)






Nie zapomnijcie o Instagramie!

Instagram

I Facebooku!

dhttp://www.blogger.com/profile/14864244158757461829[email protected]26
tag:blogger.com,1999:blog-6481256220610052383.post-36538878365640321462018-05-08T19:31:00.002+02:002018-05-08T20:00:27.867+02:00Jak ściągać lakiery hybrydowe z delikatnych paznokci?

Cześć Piękni! 
Nigdy zbytnio nie pisałam na blogu o paznokciach, jednak od pewnego czasu jestem wielką fanką hybryd i bardzo lubię ten rodzaj manicure. Dzisiaj chciałabym przedstawić wam problem, jaki na początku wiązał się u mnie z tym sposobem upiększania paznokci oraz w jaki sposób go rozwiązałam.

Jeżeli same wykonujecie sobie hybrydy, z pewnością wiecie jak krok po kroku należy to robić. Dzisiaj opowiem trochę na temat ostatniego punktu, jakim jest zdejmowanie manicure'u. Otóż przyjęło się, że lakiery hybrydowe należy ściągać z użyciem acetonu. Zwykle rekomenduje się, aby naruszyć warstwę topu ostrym pilnikiem, a następnie przyłożyć do paznokcia wacik nasączony acetonem, zawinąć całość folią aluminiową (lub zastosować specjalne folie z naklejonym wacikiem), odczekać kilka/kilkanaście minut, a następnie przy pomocy stripera usunąć resztki lakieru. Niestety, ale w przypadku moim oraz wielu innych osób, sposób ten nie działa. 




Z hybrydami polubiłam się od początku, jednak świadomość, że każde ściągnięcie lakieru bardzo je niszczy, przez co bardzo łatwo się łamią, bardzo mi przeszkadzała. Jestem osobą, która nakłada na paznokcie mało lakieru - tyle, ile to konieczne by uzyskać pełne krycie. Grubość moich paznokci po wykonaniu hybryd niewiele różni się od grubości paznokci pomalowanych zwykłym, tradycyjnym lakierem. Dlatego też moje paznokcie łamią się nawet, jeżeli są pomalowane. Oczywiście, mogłabym nakładać takie warstwy lakieru, aby paznokieć był zbyt twardy by się złamać. Osobiście uważam jednak, że wygląda to źle i nieestetycznie. Niedawno zaczęłam testować żele utwardzające, jednak jest to historia na inny post - być może kiedyś taki powstanie :)



Wiele osób winą za zniszczone paznokcie obarcza same lakiery hybrydowe, jednak zwykle to nie w nich leży problem, a właśnie w sposobie ściągania. W moim przypadku nawet kilkunastominutowe namaczanie w acetonie sprawia jedynie, że część lakieru lekko odchodzi. Resztę muszę na siłę skrobać striperem, przez co paznokieć okropnie się niszczy. Koleżanka podsunęła mi jednak pomysł, aby spiłowywać cały lakier pilnikiem, łącznie z bazą. Początkowo byłam sceptycznie nastawiona do tego pomysłu, jednak postanowiłam spróbować... i już nie wróciłam do acetonu. Oczywiście, warto uważać by za bardzo nie naruszać płytki naszego paznokcia, jednak moje paznokcie w końcu przestały się łamać. Są też zdecydowanie twardsze. Sposób ten zajmuje znacznie więcej czasu niż użycie acetonu, ale według mnie osoby ze zniszczonymi od skrobania lakieru paznokciami powinny dać mu szansę.





W ostatnim czasie popularnym gadżetem stały się specjalne frezarki do paznokci, których zasada działania również opiera się na piłowaniu. Sama nie miałam jeszcze okazji wypróbować takiego urządzenia, myślę jednak, że jest to ciekawa opcja. Oczywiście, warto najpierw nauczyć się posługiwać sprzętem tego typu, ponieważ nieumiejętne ręce mogą nim wyrządzić więcej szkody niż korzyści :)


Stosujecie lakiery hybrydowe? Jakie są wasze sposoby na usuwanie ich?




Nie zapomnijcie o Instagramie!

Instagram

I Facebooku!

dhttp://www.blogger.com/profile/14864244158757461829[email protected]26
tag:blogger.com,1999:blog-6481256220610052383.post-67499668571828086432018-05-02T20:08:00.002+02:002018-05-08T19:59:17.090+02:00Pomoc w walce z cellulitem - masażer do ciała + WYNIKI KONKURSU
Masażer antycellulitowy

Cześć Piękni! 
Zwykle opowiadam tutaj o makijażu albo pielęgnacji twarzy. Rzadziej o włosach czy paznokciach, ale tematem, który pomijany jest najczęściej, jest zdecydowanie pielęgnacja ciała. Czas więc ją odczarować i to w wielkim stylu, ponieważ dzisiaj pokażę wam bardzo ciekawe urządzenie.


Co mówi producent?
"Inspirowany profesjonalnymi technikami masażu ręcznego. Jest polecany do walki z cellulitem, z zatrzymaniem płynów i wiotczeniem skóry, a także do masażu zmęczonych wysiłkiem mięśni. Wymienialne głowice masujące i kontrola intensywności pracy pozwala dostosować masaż do wielu problemów."
Rodzaj: urządzenie mechaniczne, podłączane do prądu
Ilość głowic: 6
Tryby: podstawowy oraz tryb grzania

Muszę być z wami szczera i przyznać, że masaże to coś, co uwielbiam. Nigdy jednak nie byłam w żadnym salonie masażu, zwykle liczę że któraś z bliskich mi osób pomoże rozmasować np. zesztywniały kark. Tym razem jednak z pomocą przyszło mi małe, sprytne urządzenie.
Masażer Medivon wykorzystać można w kilku celach. Przede wszystkim jest to urządzenie pomagające rozprawić się w walce z cellulitem oraz nadmiarem tkanki tłuszczowej. Specjalnie zaprojektowane głowice rzeczywiście mogą wspomagać proces równomiernego rozkładu tkanki. Zaznaczę od razu, że na temat działania antycellulitowego masażera trudno jest mi się wypowiedzieć, ponieważ praktycznie u mnie nie występuje. Pamiętam jednak, że mama opowiadała mi kiedyś, że w młodości stosowała u siebie masaże ręczne i można dzięki nim nawet zrzucić trochę zbędnej tkanki tłuszczowej. W tym przypadku do czynienia mamy z o wiele większą częstotliwością ruchu niż to ma miejsce w przypadku rąk, dlatego efekt może być szybciej widoczny oraz bardziej zauważalny.



Drugie zastosowanie to uelastycznienie zwiotczałej skóry. Jako osoba młoda również nie jestem w stanie ocenić jego działania, jednak wiem jak działa nasza skóra. Masaże wspomagają krążenie krwi, dzięki czemu substancje odżywcze są lepiej transportowane do komórek. Dlatego jak najbardziej wierzę w to, że takie działanie przynosi pozytywne rezultaty, jednak nie oczekujmy od niego, że nagle cała nasza obwisła skóra zniknie. Mimo wszystko uważam, że warto przynajmniej co kilka dni zafundować sobie taki zabieg. Kolejny efekt, który podepnę pod uelastycznienie to usuwanie nadmiaru wody oraz toksyn.
Działanie, które było przeze mnie najbardziej pożądanie to relaksacja oraz pomoc w usunięciu zakwasów i innych bóli mięśniowych. Moje ciało od pewnego czasu stało się coraz bardziej podatne na sztywnienie mięśni, które robią się mniej elastyczne. Nie jest ze mną jeszcze źle, prawdopodobnie wciąż jestem bardziej rozciągnięta niż większość ludzi, jednak warto spróbować powstrzymać ten proces. Produktu Medivon używałam głównie na łydki, uda oraz pośladki, gdzie jego stosowanie jest najwygodniejsze (w przypadku miejsc takich jak ramiona warto poprosić kogoś o pomoc). Rozmasowywanie mięśni sprzyja ponoć uregulowaniu ciśnienia krwi, co w pewien sposób jest też walką ze stresem.


Masażer do ciała

Sześć głowic w zestawie tworzy niemały problem - którą wybrać? W ulotce dołączonej do masażera znajduje się jednak opis wszystkich głowic oraz ich zastosowania. Najbardziej podstawowa dla mnie jest końcówka falista. Jest ona najdelikatniejsza i przeznaczona do usuwania nadmiaru wody, pomarańczowej skórki czy zwiotczałości. Tak naprawdę może używać jej każdy. 
Głowica kulkowa przeznaczona jest głównie do używania na brzuchu i ramionach, jednak używałam jej na nogach czy pośladkach i również sprawdza się fajnie. Co ciekawe jednak, jej zadaniem jest usuwanie toksyn z organizmu, a może nawet pomóc w walce z zaparciami. 
Nasadka palcowa jest silniej działającą wersją głowicy kulkowej. W przeciwieństwie do poprzedniczki, jest również zalecana do stosowania na nogach. Działanie obu tych nasadek jest dosyć podobne i w zależności od nacisku, odczucia przy ich używaniu są porównywalne.
Głowica wałkowa swoim działaniem obejmuje wszystkie strefy, na których stosowanie masażera jest dozwolone, działa również w całym spektrum. Pomaga zarówno z cellulitem, jak i zwiotczeniem skóry czy nadmiarem wody. 
Głowica rolkowa składa się z wielu krążków, które ruszają się naprzemiennie. Jest bardzo przyjemna w użyciu. Ona również jest uniwersalna, można ją stosować zarówno do zwalczania cellulitu, relaksacji, rozmasowania mięśni czy poprawienia krążenia.
Nasadka z kolczastą rolką zdecydowanie sprawia najwięcej bólu (mój chłopak nie mógł wytrzymać :D), dlatego może się tak zdarzyć, że będzie ona dla was zbyt mocna. Jednocześnie najlepiej rozgrzewa mięśnie a uczucie po jej użyciu, mimo iż okupione odrobiną bólu, jest świetne. Myślę, że to właśnie ona najszybciej i najlepiej może rozprawić się z cellulitem.


Głowice masujące

Przejdę teraz do mechaniki urządzania oraz kilku ostrzeżeń. Masażer pracuje w dwóch trybach - podstawowym oraz rozgrzewania. Tryb rozgrzewający ma, jak sama nazwa mówi, rozgrzać mięśnie, które dzięki temu łatwiej się rozkurczają. Łatwiej jest je wtedy rozmasować, a efekty pojawiają się szybciej. Muszę przyznać, że efekt grzania nie jest zbytnio wyczuwalny. Być może rozgrzewanie odbywa się za pomocą jakichś fal? Nie mam pojęcia jak to działa, jednak nie czuć raczej jakiegoś nadprogramowego ciepła. Urządzenie za pomocą rzepa montujemy na dłoni, jednak jest ono na tyle ciężkie, że mnie o wiele wygodniej było złapać je po prostu dłonią, pomijając rzep. Oprócz trybów mamy również regulację szybkości obrotów, dzięki czemu możemy dostosować je do naszych preferencji. Z doświadczenia mogę powiedzieć, że w zależności od użytej głowicy, preferowana szybkość obrotu będzie się zmieniać.
Pamiętajcie, że masażerów tego typu nie powinno stosować się na plecy. Jest to miejsce, gdzie mamy mniej tkanki tłuszczowej, a pod nią znajdują się kości czy kręgosłup. Nasadki z płaską rolką oraz pofalowanej możemy używać w połączeniu z kremami. Ja często smarowałam ciało przed użyciem, aby trochę zabezpieczyć skórę, a następnie wykonywałam masaż. Producent zaleca aby najpierw wykonać masaż, a następnie posmarować ciało, do ma sens, ponieważ masażer działa jak peeling.
Wadą urządzenia jest, według mnie, dość głośny tryb pracy. Jeśli nie mieszkacie sami, a np. z małym dzieckiem, lepiej nie używać masażera gdy ono śpi. Dźwięk po samym włączeniu nie jest jeszcze hałaśliwy, natomiast dźwięki wydawane w kontakcie ze skórą już tak. 


Medivon

Jak więc ocenię działanie masażera? Mimo, iż trudno mi ocenić efekty w tej dziedzinie, wydaje mi się, że najlepiej radzi on sobie właśnie z cellulitem czy zwiotczałą skórą. Nie mam na to dowodów, jednak jest to po prostu mechanicznie możliwe. Masażer od Medivon chcę przetestować na mojej mamie, a wtedy będę mogła ocenić jego działanie w tych polach. Jeżeli chodzi o bóle mięśniowe - nie zastąpi on dobrego masażu wykonanego przez człowieka ponieważ działa zbyt płytko (bardziej właśnie na skórę i tkanki podskórne). W przypadku masażu mięśni dobrze jest je trochę powyciągać i powyginać, co oczywiście nie jest mechaniczne możliwe. Jest to jednak fajna opcja dla osób, które nie mają nikogo, kto mógłby je pomasować lub chcą się po prostu odprężyć. Masażer świetnie sprzyja relaksowi oraz ukrwieniu ciała, aż czuć jak krew dociera do każdego miejsca :) Gdyby tylko urządzenie robiło mniej hałasu, uznałabym je za must-have w domowym spa każdej kobiety :)


A wy korzystacie z masaży specjalistycznych, bliskich wam osób czy też masażerów?


Post powstał we współpracy z marką Medivon


Czas więc na ogłoszenie wyników konkursu urodzinowego :) Zestawy kosmetyków do włosów Dermena otrzymują:

Aniela M oraz Anita B. !

Gratulacje! Tymczasem strzeżcie się, bo niedługo zamierzam uruchomić nowe rozdanie na moim Instagramie (jeśli jeszcze mnie nie śledzicie, klikajcie w ikonkę "View on Instagram" poniżej :))



Nie zapomnijcie o Instagramie!

Instagram

I Facebooku!

dhttp://www.blogger.com/profile/14864244158757461829[email protected]13
tag:blogger.com,1999:blog-6481256220610052383.post-34845899314219821882018-04-26T18:55:00.000+02:002018-05-02T20:39:21.206+02:00Nyx Ultimate Shadow Palette Brights | Recenzja
Cześć Piękni! 
Uwielbiam makijaż oczu i to do niego zawsze przykładam najwięcej starań. Nic więc dziwnego, że to właśnie cienie są moimi ulubionymi kosmetykami i mogłabym kupować je na kilogramy. Na szczęście mam w sobie resztki zdrowego rozsądku i odkąd ilość posiadanych przeze mnie cieni przekroczyła granice normy, dałam sobie szlaban. Czasem jednak trzeba złamać zasady, zwłaszcza gdy zgarniamy -70% na zakupy dzięki udziałowi w konkursie Nyx ;)


Co mówi producent?
"Ultimate Shadow Palette to profesjonalna paleta z 16 odcieniami mocno napigmentowanych cieni do powiek. Dostępna w czterech zestawach kolorystycznych, z których każdy oferuje bogate, aksamitne tekstury i olśniewające wykończenia – od matowych przez satynowe, błyszczące oraz metaliczne."
Ilość cieni: 16
Gramatura: 0,83 g
Cena: 85 zł



Miłość do tej palety kwitła we mnie jeszcze wiele miesięcy przed zakupem, kiedy pojawiła się ona w szafie Nyx w Douglasie, w którym wtedy pracowałam. Po szybkich oględzinach razem z innymi dziewczynami doszłyśmy do wniosku, że paleta jest naprawdę fajna. Już cienie nakładane solo były bardzo intensywne, nie mówiąc o tym jak wyglądały na białej bazie. Cierpiąc jednak na nadmiar cieni, których bardzo nie lubię wyrzucać, postanowiłam dać sobie spokój. 
Okazja do zakupu nadarzyła się jednak kiedy dostałam od Nyxa zniżkę -70% na cały asortyment. Oczywistym dla mnie było, że jest to must have, który musi do mnie trafić. Tak też się stało. Paleta zawiera kolory niestandardowe: czerwienie, zielenie, niebieskości i fiolety. Jest więc idealna do tworzenia wszystkich artystycznych czy letnich makijaży, ale świetnie wpisuje się również w panującą ciągle modę na ciepłe, czerwonopomarańczowe makijaże. Często używam jej więc w codziennych i wieczorowych makeupach. 





Kwestię przydatności mamy już omówioną, przejdźmy więc do jakości. Często przecież okazuje się, że cienie, z których tworzone są przepiękne swatche, na oku wyglądają źle, kiepsko się rozcierają albo zlewają w jedną plamę. Tutaj jednak pierwsze wrażenie nie było mylące, a cienie Nyx to naprawdę cudo. Bardzo łatwo się blendują, nie zostawiają brzydkich plam, każdy odcień jest ładnie widoczny na oku. Bardzo lubię łączyć je z ciepłymi brązami z palety Cocoa Blend od Zoevy, jeżeli chcę by makijaż był bardziej stonowany. Recenzję palety Zoeva znajdziecie tutaj.
Trwałość Nyx Brights jest świetna - nawet po wielu godzinach makijaż wygląda ładnie i estetycznie. Często mam problem z rolowaniem się cieni w załamaniu powieki, co wynika z mojej budowy oka, jednak tutaj nic takiego się nie dzieje. Makijaż pozostaje w niezmienionym stanie przez wiele godzin. Na cienie nakładałam również brokaty Nyx i na tym polu nie spotkałam się z żadnym problemem.
Jeśli chodzi o wykończenie, mamy tutaj do czynienia w większości z cieniami matowymi. 6 odcieni zawiera wyraźnie widoczne drobinki, natomiast jeden (fiolet) posiada ich mniejszą ilość. Musze jednak przyznać, że na oku drobinki te właściwie nie są widoczne, a cienie wyglądają jak maty. Jeżeli połączymy je z innymi matowymi odcieniami, drobinek nie widać wcale. Dla mnie jest to zaleta, ponieważ nie potrzebuję błyszczącej żółci czy zieleni a preferuję właśnie matowe wykończenie w przypadku tak intensywnych kolorów.



Na koniec opowiem jeszcze o opakowaniu palety. W ostatnim czasie modne stały się lekkie opakowania tekturowe, tutaj mamy jednak czarny plastik z przezroczystym okienkiem. Paleta ma dość niestandardowe wymiary, ponieważ jest grubsza od innych oraz ma kształt kwadratu. Dla mnie nie jest to ani wada, ani zaleta, jednak warto mieć to na uwadze, jeśli np. dużo podróżujecie.

Miłość do Ultimate Shadow Palette Brights od Nyx była miłością od pierwszego wejrzenia, jednak na pierwszym wejrzeniu się nie zawiodłam. Uważam, że jest to paleta naprawdę świetna, a cena, choć dość wysoka, nie jest wygórowana jeśli spojrzymy na ilość cieni oraz ich jakość.

Znacie paletę Nyx Ultimate Brights? A może macie inne cienie Nyxa?



PS. W najbliższym czasie skontaktuję się ze zwycięzcami konkursu, a w następnym poście ogłoszę oficjalnie kto wygrał :)




Nie zapomnijcie o Instagramie!

Instagram

I Facebooku!

dhttp://www.blogger.com/profile/14864244158757461829[email protected]16
tag:blogger.com,1999:blog-6481256220610052383.post-79728958309238249632018-04-17T19:22:00.000+02:002018-04-27T23:52:01.074+02:00Holika Holika Shimmering Petit BB | Recenzja
Holika Holika
Cześć Piękni! 
Jak już wiecie, jestem wielką fanką azjatyckiej pielęgnacji. W kwestiach makijażowych preferuję, co prawda, trendy zachodnie, jednak azjatyckimi kosmetykami kolorowymi, które uwielbiam, są niewątpliwie kremy bb. Dzisiaj jedna z tańszych opcji na rynku, jednak tańsze nie znaczy gorsze :)


Co mówi producent?
"Rozświetlający krem BB, który nada cerze blasku. Posiada także właściwości wybielające, nawilżające i odżywcze. Dzięki wysokiemu filtrowi zabezpiecza skórę przed działaniem promieni słonecznych. Kryje wszelkie niedoskonałości."
Cena i pojemność: ok. 35 zł za 30 ml
Opakowanie: tubka do wyciskania
Gama kolorystyczna: jeden odcień
Wysokość filtra: SPF 45 PA+++
Mój typ cery: przetłuszczająca się w strefie T, sucha w pozostałych częściach

Kremem BB, którego używałam do tej pory był Babyface Moisture od It's Skin. Jego recenzję przeczytać możecie tutaj. Kiedy go zużyłam, postanowiłam wypróbować coś innego, a mój wybór padł na krem Holiki z racji całkiem pozytywnych opinii oraz niskiej ceny.
Mimo, iż krem ma w nazwie "shimmering", nie nazwałabym go kremem rozświetlającym. Jego formuła jest nawet mniej błyszcząca niż Babyface. Dla mnie jest to właściwie zaleta, ponieważ już trochę znudziła mi się ta "mokra" formuła. Dzięki temu krem jest też bardziej trwały, chociaż oczywiście do long lasting dużo mu brakuje. Wykończenie nazwałabym jednak satynowym i bardzo komfortowym, a przy okazji ładnie wyglądającym na skórze.
BB występuje tylko w jednym kolorze i jak przystało na kosmetyk azjatycki, bardzo jasnym. Dla mnie jest to tylko zaleta, ponieważ wśród podkładów zachodnich bardzo trudno mi znaleźć wystarczająco jasne odcienie. Odcień kremu wpada bardziej w żółte tony, choć jest lekko ziemisty. Z moich informacji wynika, że inne kremy BB z serii Petit są jaśniejsze, ale również bardziej wpadające w róż. Być może kiedyś wypróbuję jakiś inny krem z tej serii, a wtedy będę mogła je porównać. Jeśli chodzi o wersję Shimmering, kolor nieznacznie zmienia się po kilku minutach od nałożenia - staje się trochę ciemniejszy i uwidaczniają się żółte tony.


Shimmering Petit BB swatch
Przejdźmy jednak do rzeczy najważniejszej, czyli działania. Krem bb aplikuje się bardzo łatwo, ja używam w tym celu gąbeczki. Muszę przyznać, że w przypadku pędzla łatwiej jest o powstawanie smug, wtedy najlepiej jest "doklepać" kosmetyk palcami. Shimmering Petit polubił się z wszystkimi innymi kosmetykami, jakich użyłam pod czy na niego. Nic się nigdy nie zważyło ani nie zrolowało. Zarówno bronzery jak i róże dobrze z nim współpracują. Trwałość, jak już wspomniałam, jest w porządku jak na krem bb, choć nie ma co oczekiwać cudów. Należę do osób, które nie dotykają twarzy w ciągu dnia, dlatego też nie mam żadnego problemu ze ścieraniem się. Oczywiście, jeśli użyjecie np. chusteczki higienicznej, nie oszczędzi ona kremu i w waszym makijażu powstanie dziura.
Ogromną zaletą jest dla mnie zawsze wysoki filtr. W tym przypadku jest to SPF 45 oraz PA+++, czyli bardzo wysoka ochrona przeciwsłoneczna. Dlaczego warto chronić się przed słońcem, również zimą, pisałam tutaj. Należy jednak pamiętać, że tak wysoką ochronę uzyskamy dopiero po nałożeniu na twarz ogromnej ilości kosmetyku, dlatego filtry najlepiej nakładać warstwowo, np. krem na dzień z filtrem, podkład z filtrem i puder z filtrem :)
Prześledźmy jeszcze skład, żeby przekonać się czy krem rzeczywiście jest tak odżywczy, jak zapewnia producent. Oczywiście znajdziemy w nim mnóstwo silikonów, które wygładzają skórę i mnie osobiście ich obecność zupełnie nie przeszkadza. Funkcję filtra przeciwsłonecznego pełni popularny dwutlenek tytanu. Jeśli chodzi o substancje stricte odżywcze, to dopiero na końcu znajdziemy ekstrakt lawendowy, z białej lilii, róży wielokwiatowej i lilaka. Na ostatniej pozycji składu znajduje się proszek perłowy, który ma zapewne odpowiadać za właściwości rozświetlające kremu. Według mnie to trochę za mało by nazwać produkt odżywczym, zwłaszcza kiedy owe substancje odżywcze znajdują się w składzie dalej niż konserwanty. Nie kupiłam jednak tego produktu w celach pielęgnacyjnych i nie działa on na nią negatywnie, dlatego mogę mu to wybaczyć.


Holika Shimmering Petit BB

Shimmering Petit BB to krem, z którym naprawdę bardzo się polubiłam. Bardzo podoba mi się jego satynowe wykończenie, jasny kolor oraz to, jak ładnie wygląda na twarzy. Oczywiście, nie wytrzyma ekstremalnych sytuacji, jednak nie takie jest jego przeznaczenie. Jeżeli o mnie chodzi, zdecydowanie kupiłabym go jeszcze raz :)

Używacie azjatyckich kremów BB? Które lubicie najbardziej?




Nie zapomnijcie o Instagramie!

Instagram

I Facebooku!

dhttp://www.blogger.com/profile/14864244158757461829[email protected]9
tag:blogger.com,1999:blog-6481256220610052383.post-34537507688165462712018-04-12T22:18:00.003+02:002018-04-17T19:26:40.989+02:00Kosmetyki dla cery dojrzałej Dermena + Urodziny bloga!
cera dojrzała
Cześć Piękni! 
Jeśli czytacie mojego bloga regularnie, to marki Dermena nie muszę wam przedstawiać. Pisałam już o niej w kontekście pielęgnacji włosów (klik), recenzowałam też ich produkty dla cery suchej i odwodnionej (klik). Dzisiaj czas na test kolejnej serii do pielęgnacji skóry, tym razem na tapet bierzemy kosmetyki dla cery dojrzałej. Dodatkowo jest to dzień wyjątkowy, ponieważ blog skończył dzisiaj trzy lata!

Zdaję sobie sprawę, że moja cera z dojrzałą nie ma jeszcze nic wspólnego. Wiem jednak, że skóra wchłania z kosmetyków tylko te substancje, które są jej potrzebne. O ile używane przez nas produkty nie mają działania liftingującego, nie musimy się martwić, że wyrządzą nam krzywdę. Nie wierzę w sztuczne podziały, wiek w metryce a wiek naszego ciała to często dwie różne kwestie i tylko od rodzaju skóry i jej problemów powinniśmy uzależniać swoją pielęgnację. Pamiętajmy też, że nawet kosmetyki dla cery dojrzałej nie sprawią, że posiadane przez nas zmarszczki czy też procesy migracji twarzy znikną - jest to niemożliwe.

Tym, co wyróżnia markę Dermena pośród innych kosmetyków pielęgnacyjnych jest zastosowanie opatentowanej molekuły Regen7, będącej odkryciem polskich naukowców. Substancja ta działa regenerująco, poprawia mikrokrążenie skóry, reguluje pracę gruczołów łojowych oraz zapobiega powstawaniu podrażnień. Znajduje się ona we wszystkich produktach, o których wam dzisiaj opowiem.


żel do mycia twarzy


Kremowy żel do twarzy Vitaline


Opakowanie: Buteleczka z pompką
Pojemność: 200 ml
Cena: ok. 20 zł

Ostatnim razem, gdy używałam produktów Dermena z serii Hydraline, zachwyciłam się emulsją myjącą. Byłam więc bardzo ciekawa czy żel Vitaline okaże się równie dobry. Nie zawiodłam się. Konsystencja jest bardzo podobna do emulsji, a to właśnie ona tak bardzo przypadła mi do gustu.

Żelu używałam zarówno w tradycyjny sposób, jak i ze szczoteczką soniczną i w obu przypadkach bardzo przyjemnie się go używa. Opakowanie jest wygodne, możemy dozować dokładnie taką ilość produktu, jakiej potrzebujemy. Produkt dokładnie oczyszcza skórę, jest jednak również bardzo delikatny i w żaden sposób nie podrażnił mojej skóry.


nawilżający krem do twarzy


Regenerujący krem na dzień Vitaline

Opakowanie: plastikowe z pompką
Pojemność: 50 ml
Cena: ok. 20 zł

Przyznam szczerze, że nie mam pojęcia, czy coś się zmieniło jeżeli chodzi o opakowania marki, czy też różnią się one w zależności od serii, ponieważ oba posiadane przeze mnie kremy zamknięte są w pojemnikach z pompką. W przypadku serii Hydraline były to zwykłe wyciskane tubki. Niemniej jednak jest to bardzo dobra zmiana. Pompki nie zacinają się i dozują taką ilość produktu, jaką chcemy wycisnąć. Jest to rozwiązanie bardzo higieniczne i wygodne.

Sam krem posiada lekką formułę, chociaż nie jest ona tak lekka jak u jego odpowiednika z serii Hydraline. W tym przypadku konsystencja jest bogatsza, co zupełnie mi nie przeszkadza. Krem szybko się wchłania, dzięki czemu dobrze spisuje się pod makijażem. Nic się nie roluje ani nie waży,  niezależnie od zastosowanego podkładu czy serum.


krem pod oczy



Przeciwzmarszczkowy krem pod oczy Vitaline


Opakowanie: tubka typowa dla kremów pod oczy
Pojemność: 15 ml
Cena: ok. 20 zł

Produkt ten jest dosyć podobny do jego odpowiednika z serii Hydraline. Jest bardzo lekki i szybko się wchłania. Pozostawia na skórze lekki film ochronny, jednak nie jest to niekomfortowa, tłusta warstwa. Dla mnie osobiście formuła jest troszkę zbyt lekka - wiecie, że uwielbiam gęste konsystencje kremów pod oczy, jednak większość osób woli produkty lekkie i jeśli do nich należycie, to jest to krem dla was. Szczególnie lubię go jednak stosować na powiece ruchomej, nawet pod makijaż, na który w żaden sposób nie wpływa negatywnie.



krem przeciwzmarszczkowy


Regenerujący krem na noc Vitaline


Opakowanie: plastikowe z pompką
Pojemność: 50 ml
Cena: ok. 20 zł

Czas na ostatniego "gagatka" z tej serii, czyli krem na noc. Jest on dość podobny do wersji dziennej. Formuła jest jednak trochę bogatsza. Pozostawia również na skórze film ochronny, co przeze mnie jest wręcz wymagane jeśli chodzi o produkty do nocnej pielęgnacji. Nie wspominałam o tym jeszcze, ale produkty z serii Vitaline utrzymane są w jednym zapachu. Muszę przyznać, że nie jest to mój typ zapachu, jednak osobom bardziej dojrzałym może się spodobać - mojej mamie się spodobał :) Jedyne zastrzeżenie, jakie mam do tego kremu to fakt, że trochę trudno go rozsmarować, ponieważ zostawia smugi. W praktyce jednak nie jest to problem, ponieważ krem stosujemy na noc i nie musimy się martwić, że ktoś zobaczy nas z nie do końca wchłoniętym kremem. Ponadto, wystarczy kilka minut aby cały kosmetyk się wchłonął i smugi znikają.


Jak podsumowałabym całą serię Vitaline? Kosmetyków tych przyjemnie mi się używało. Nic mnie nie uczuliło ani nie podrażniło, moja skóra jest jak najbardziej zadowolona z takiej pielęgnacji. Najbardziej spodobał mi się kremowy żel do oczyszczania - z racji formuły, która bardzo do mnie przemawia. Jeśli miałabym jednoznacznie powiedzieć, którą serię polubiłam bardziej, postawiłabym na Hydraline. Mimo wszystko również w przypadku kosmetyków dla cery dojrzałej Dermena nie zawodzi :)

Znacie kosmetyki Dermena? Które są waszymi ulubionymi?


Post powstał we współpracy z marką Dermena


Niestety, nie miałam czasu przygotować żadnego fajnego urodzinowego posta, jednak mam nadzieję, że wzięliście udział w urodzinowym konkursie. Jeśli nie, to ostatnie minuty by to zrobić!








Nie zapomnijcie o Instagramie!

Instagram

I Facebooku!

dhttp://www.blogger.com/profile/14864244158757461829[email protected]14
tag:blogger.com,1999:blog-6481256220610052383.post-72720906735706226772018-04-08T17:22:00.000+02:002018-04-12T22:19:32.046+02:00Lekki, odżywczy krem na dzień Lumene | Recenzja
Lekki, odżywczy krem na dzień Lumene
Cześć Piękni! 
Dość długo mnie tutaj nie było, ale wszystko przez okropne przeziębienie, które się do mnie przyczepiło :( Wracam do was jednak z recenzją kremu do twarzy, którego używam od pewnego czasu i który pokochałam.


Co mówi producent?
"Lumene odżywczy krem na dzień do skóry suchej to lekki krem nawilżający, którego działanie oparte jest na wyciągu z arktycznej bawełny,  będącej  delikatną, lecz równocześnie niezwykle żywotną rośliną występującą w Arktyce. Zawiera naturalne antyoksydanty, składniki nawilżające i minerały, dzięki czemu, charakteryzuje się wyjątkowo silnymi właściwościami nawilżającymi, wzmacniającymi i ochronnymi. Zawarta w składzie ekstremalnie czysta, arktyczna woda źródlana pozyskiwana z naturalnego źródła umiejscowionego  w okolicach koła podbiegunowego, dostarcza skórze niezbędnych minerałów oraz ułatwia wchłanianie substancji aktywnych zawartych w kremie. Formuła wzbogacona o masło Shea, olejek ze słodkich migdałów i alantoinę, sprawia, ze jest to krem idealny dla skóry suchej i wrażliwej. Zawiera 80% składników pochodzenia naturalnego."
Opakowanie i pojemność: miękka tubka, 50 ml
Cena: ok. 50 zł


Krem na dzień Lumene

Muszę wam przyznać, że naprawdę trudno jest mi znaleźć krem na dzień, który wywołałby u mnie efekt wow. Moja cera jest w dobrym stanie, dlatego też większość tego typu kremów po prostu ładnie ją nawilża i daje bazę pod makijaż. Zaciekawił mnie jednak, kiedy znalazłam go na stronie WizazSklep.pl i postanowiłam go wypróbować.W przypadku tego produktu naprawdę zauważyłam coś więcej.

Mimo, iż nie jest to cecha, którą producent by się chwalił, krem Lumene wchłania się do lekkiego matu. Nie należę do osób, które szukają pielęgnacji o wykończeniu matowym, dlatego też zdziwiło mnie jak bardzo odpowiada mi ta formuła. Nie zrozumcie mnie jednak źle - nie jest to krem matujący. Efekt jaki daje nie jest też typowym matem. Sprawia jednak, że po wchłonięciu jest na skórze niewidoczny i nie zostawia żadnej poświaty, nie odbija światła. Cecha ta jest na pewno pożądana u osób, które nie używają makijażu.
Kolejną cechą, która mnie zaskoczyła to pozostawienie skóry niesamowicie gładkiej. Krem ten działa lepiej niż niejedna baza pod makijaż. W połączeniu z wchłanianiem się do matu daje to naprawdę efekt wow. Skóra jest nawilżona i napięta.


Lekki, odżywczy krem na dzień Lumene

Sprawdźmy więc jeszcze skład tego cuda. Na pierwszym miejscu znajduje się woda, prawdopodobnie jest to arktyczna woda bogata w minerały, o której mówi producent. Tuż po wodzie znajdziemy mirystynian oktylododecylu, czyli natłuszczający i złuszczający emolient. Następnie mamy betainę, czyli pochodną gliceryny oraz samą glicerynę. Są to składniki bezpośrednio nawilżające skórę. Propanediol również nawilża cerę, jednocześnie zwiększając przenikanie innych substancji. Alkohol arachidylowy tworzy na powierzchni skóry film ochronny. Mimo, że jest alkoholem, to nie należy się go bać :) Dalej masło shea, olej ze słodkich migdałów, czyli to co najlepsze z natury. Następnie znajdziemy utwardzone glicerydy nasion palmy, które są emolientem, czyli tworzą warstwę ochronną i zapobiegają ucieczce wody z naskórka. Kolejne tłuste alkohole pełniące rolę emolientów to alkohol cetearylowy oraz behenylowy, ale tutaj również nie ma się czego bać, ponieważ chronią one naszą skórę. Kolejna pozycja w składzie to nordic cotton grass, czyli arktyczna bawełna, która ma silnie nawilżające i antyoksydacyjne działanie. W drugiej połowie składu mamy głównie substancje odpowiedzialne za formułę kremu, łagodzącą alantoinę czy silikon, który jest zapewne odpowiedzialny za uczucie wygładzenia skóry. 
Jedyne moje zastrzeżenie do kremu Lumene to opakowanie. Mimo, że używa się go wygodnie i jest dość higieniczne, część kremu zbiera się przy ujściu i zastyga. Uwielbiam kosmetyki z pompką i takiego rozwiązania mi tutaj brakuje.
Kolejna mniej istotna kwestia to zapach, jednak on bardzo przypadł mi do gustu. Pachnie tak, jak można się tego spodziewać, czyli bawełną. Nie jest to jednak zapach mocny i szybko się ulatnia.  Efekt pielęgnacyjny na skórze jednak pozostaje :)

Lekki, odżywczy krem na dzień od Lumene to moje pierwsze spotkanie z tą fińską marką, ale na pewno nie ostatnie. Czuję się naprawdę zachęcona by wypróbować więcej i mimo, iż możemy znaleźć wiele tańszych kremów, tutaj jakość zdecydowanie odpowiada cenie.


A wy znacie Lumene? Jakie są wasze ulubione produkty tej marki?



Post powstał we współpracy z WizazSklep.pl

Pamiętajcie o trwającym do czwartku konkursie urodzinowym!






Nie zapomnijcie o Instagramie!

Instagram

I Facebooku!

dhttp://www.blogger.com/profile/14864244158757461829[email protected]5
tag:blogger.com,1999:blog-6481256220610052383.post-6326849863774043752018-03-25T14:49:00.002+02:002018-04-11T19:55:38.748+02:00Szczoteczka soniczna - nowy poziom oczyszczania
Szczoteczka soniczna
Cześć Piękni! 
Szczoteczki soniczne w ciągu kilku ostatnich lat stały się bardzo popularne, zwłaszcza wśród środowiska blogerskiego. Sama raz na jakiś czas zastanawiałam się czy nie sprawić sobie takowej, jednak skutecznie odstraszały mnie ceny najpopularniejszych modeli oraz niepewność czy taka forma oczyszczania w ogóle się u mnie sprawdzi. Nadszedł jednak dzień, kiedy szczoteczka soniczna wpadła również w moje ręce.


Zacznijmy jednak od tego czym jest technologia soniczna i jak działa. Szczoteczki soniczne działają w dwojaki sposób. Z jednej strony wykonują ruchy wymiatające, których częstotliwość jest wyższa niż w przypadku elektrycznych szczoteczek nie-sonicznych. Z drugiej natomiast wytwarzają fale dźwiękowe, które mogą "sięgać" nawet 4 mm poza włoski szczoteczki i dodatkowo wspomagają oczyszczanie. Technologia działa w taki sam sposób, jak w sonicznych szczoteczkach do zębów.
Pamiętajcie, że nie każda szczoteczka elektryczna jest szczoteczką soniczną. Część z nich działa jak obrotowo-pulsacyjne szczoteczki do zębów, czyli jedynie obraca się, nie wytwarzając przy tym fal. Do wyboru mamy również różne rodzaje szczotek - z wymienną główką z tradycyjnym włosiem oraz silikonowe, których można używać nawet kilka lat. Przejdźmy więc do tej, której mam okazję używać, czyli szczoteczki marki Beautifly.


oczyszczanie twarzy

Co mówi producent?
"Dobre oczyszczenie twarzy to pierwszy krok w codziennej pielęgnacji. Szczoteczka do mycia twarzy usuwa zrogowaciały naskórek, zanieczyszczenia i pozostałości po makijażu. Martwy naskórek jest delikatnie złuszczany, a skóra jest bardziej ukrwiona, przez co wchłanialność produktów pielęgnacyjnych jest ułatwiona, a samo ich działanie wzmocnione. Dokładnie oczyszcza nawet głębokie pory i z biegiem czasu stają się one mniejsze, co też sprzyja ograniczeniu powstawania niedoskonałości."
Rodzaj szczoteczki: soniczna, silikonowa
Ilość ruchów: 800 na minutę
Cena: 165 zł

Zacznę może od opisania bardziej technicznych parametrów, a później przejdę do moich doświadczeń. Szczoteczka soniczna Beautifly ma kształt płaskiego dysku i posiada wypustki po obu stronach. Z jednej strony są to wypustki oczyszczające, natomiast z drugiej - relaksująco-masujące. Tryb oszczyszczający posiada 6 stopni wibracji, natomiast relaksacyjny - 3. Jak widzicie na zdjęciach, strona oczyszczająca ma o wiele więcej włosków, które są również dłuższe i bardziej miękkie. Jeżeli chodzi o ilość drgań, producent informuje, że w przypadku trybu masującego, zmienia się rodzaj drgań, jest ich jednak więcej, ponieważ aż 100 na sekundę. Szczoteczka jest wodoodporna, chociaż ja starałam się nie zalewać części służącej do ładowania. Wbudowany timer daje nam krótki sygnał (przestaje na chwilkę wibrować) po każdych 15 sekundach oraz dłuższy po minucie. W zestawie dostajemy również podróżne etui oraz kabel USB, dzięki czemu szczoteczkę możemy naładować używając tradycyjnej ładowarki telefonicznej lub podłączając ją np. do komputera. To by było na tyle, jeżeli chodzi o kwestie techniczne.

szczoteczka do mycia twarzyGłównym zadaniem szczoteczki Beautifly jest oczywiście oczyszczenie skóry. Moja cera nie ma skłonności do zapychania, nie przetłuszcza się też szczególnie. Mam jednak bzika na punkcie oczyszczania cery i naprawdę dbam o to, aby robić to jak najlepiej. Źle oczyszczona skóra szybciej się starzeje a wszelkie kosmetyki pielęgnacyjne słabiej się wchłaniają. Od kilku lat stosuję się do azjatyckiego sposobu dwuetapowego oczyszczania - najpierw olejem (możecie o tym poczytać tutaj), a następnie produktem na bazie wody i sprawdza się to u mnie świetnie. Dlatego również w tym przypadku moją pierwszą fazą oczyszczenia, głównie demakijażu jest ręczne umycie twarzy olejkiem (zmywam wtedy całą twarz, łącznie z oczami, których nie można myć szczoteczką). Etap mycia produktem na bazie wody wykonywałam natomiast już przy użyciu szczoteczki. Muszę przyznać, że jest to dosyć dziwne uczucie, ponieważ o ile w przypadku szczoteczki z tradycyjnymi włoskami polegamy na działaniu czysto mechanicznym, o tyle przy silikonowych wypustkach, drganiach i wysyłanych falach musimy zaufać, że oczyszczają one nasze pory. Dlatego łatwo jest przesadzić, co ja na początku zrobiłam. Domyślnie ustawiony średni poziom wibracji wydał mi się zbyt delikatny, bo nie czułam na swojej skórze nic prócz lekkich wibracji, dlatego postanowiłam go podkręcić, co skończyło się zaczerwienioną skórą. Ostatecznie metodą prób i błędów odkryłam jaka moc wibracji jest odpowiednia dla mnie. W przypadku tej technologii musimy po prostu zaufać, że działa, zamiast podkręcać ustawienia :)

masażer do twarzy

Jeśli chodzi o tryb masażu, jest to według mnie świetna opcja. Od dawna interesuję się technikami masażu oraz ćwiczeń twarzy i wierzę, że jest to sposób na realne opóźnienie procesów starzenia takich jak np. migracja twarzy. Aby je wykonywać należy jednak zadbać o poślizg skóry a nie ma chyba ku temu lepszej okazji niż podczas oczyszczania. Dlatego też codziennie po umyciu skóry staram się choć przez chwilę użyć trybu masażu, kierując szczoteczkę od nosa do skroni oraz od żuchwy w górę (by zapobiec opadaniu policzków) oraz wzdłuż linii żuchwy. Masuję nimi również czoło, aby rozluźnić mięśnie, które przy częstym napinaniu pozostają zaciśnięte permanentnie, tworząc tzw. "lwią zmarszczkę".
Przeszukując internet w poszukiwaniu informacji na temat szczoteczek sonicznych odnalazłam informację, że często po przejściu na ten typ oczyszczania skóra zaczyna "wyrzucać" z siebie wszystkie zanieczyszczenia i zaczynają pojawiać się pryszcze. Przyznaję, że w moim przypadku również pojawiło się kilka niedoskonałości, chociaż było to dosłownie kilka wyprysków. Aktualnie wydaje mi się, że skóra już się uspokoiła.
Trudno jest odpowiedzieć na pytanie czy skóra jest czystsza. Nie jestem w stanie zajrzeć w swoje pory, aby to sprawdzić. Mam jednak wrażenie, że zmniejszyła się ilość wągrów na moim nosie (nie miałam ich nigdy dużo, ale mimo wszystko), a rozszerzone pory, które od jakiegoś czasu były moim problemem, przestały być tak mocno widoczne. W poście na temat dziwnych gadżetów kosmetycznych z Azji (klik) pisałam o spieniaczu, którego zadaniem jest tworzenie gęstej piany. Piana taka ma ponoć oczyszczać i zwężać pory. Zaczęłam się więc zastanawiać, czy właśnie nie na takiej zasadzie szczoteczka soniczna, pieniąc kosmetyk myjący przy użyciu setek drgań, tak dobrze oczyszcza i zwęża pory.


Moja przygoda ze szczoteczką soniczną jeszcze się nie skończyła, ale muszę przyznać, że nie zawiodłam się na niej. Warto pamiętać, że trzeba używać jej z głową, ponieważ mimo niepozornego wyglądu można zrobić nią sobie krzywdę. Wystarczy jednak wypracować odpowiedni dla siebie sposób jej używania (nie musi to być codziennie, jeśli skóra jest zbyt delikatna), a to małe urządzonko może stać się naszym przyjacielem :)

Używaliście już szczoteczek sonicznych? W jaki sposób oczyszczanie swoją cerę?


Post powstał we współpracy z Beautifly.eu


Pamiętajcie, że wciąż trwa konkurs!








Nie zapomnijcie o Instagramie!

Instagram

I Facebooku!

dhttp://www.blogger.com/profile/14864244158757461829[email protected]13
tag:blogger.com,1999:blog-6481256220610052383.post-28844232485888283072018-03-19T21:23:00.002+01:002018-03-25T14:50:21.367+02:00Dziwne gadżety kosmetyczne z Azji
Cześć Piękni! 
Pielęgnacja azjatycka i Azja sama w sobie skupia coraz większe rzesze fanów już od kilku lat. Wiecie zapewne, że jestem wielką fanką takiej filozofii dbania o skórę, jaką reprezentuje część Koreanek czy Japonek. Dlatego też ćwiczenia twarzy i masaże nie są mi obce. Nie stronię też od różnych urodowych ciekawostek, a dzisiaj przedstawię wam kilka gadżetów do dbania o urodę, które przyleciały do mnie prosto z Azji. 


Pamiętajcie, że to, co dla nas jest dziwne, niekoniecznie musi być bezużyteczne czy głupie. Niektóre akcesoria mogą wydawać się zupełnie z kosmosu, jednak spora część z nich naprawdę działa i jest stosowana przez azjatyckie fanki dbania o cerę. Przedstawię wam moje zdobycze :)



 

Skin Analyzer

O tym gadżecie opowiadałam na blogu już kilka razy, więc nie będę się powtarzać. Jeżeli jesteście ciekawi recenzji, to zapraszam tutaj. W skrócie powiem, że jest to przyrząd na baterie, który dokonuje pomiaru nawilżenia skóry. W zależności od modelu, mierzy również natłuszczenie, a wyniki możemy otrzymać w skali punktowej lub w procentach. Jest to bardzo prrzydatny gadżet i nawet, jeżeli przedstawiane wyniki nie są całkowicie zgodne z prawdą, zawsze mamy punkt odniesienia i możemy porównywać czy stan naszej cery polepsza się, czy też pogarsza.



Roller do twarzy


Jest to malutki i prosty w obsłudze gadżet, ale bardzo przydatny. Działa na tej samej zasadzie co rollery do ciała, z tym że ten ma rączkę :) Istnieją różne, droższe i tańsze wersje. Niektóre nawet wykonuje się ze specjalnych materiałów, jednak uważam że zwykły, plastikowy jest jak najbardziej w porządku. Najbardziej podoba mi się w nim to, że w dni kiedy nie mam siły ani ochoty na masaż czy ćwiczenia twarzy, mogę po prostu włączyć sobie filmik na Youtube i rolować twarz, dzięki czemu wciąż o nią dbam. Ja używam rollera na linii żuchwy, na policzkach (rolując z dołu w górę, by je podnieść) oraz pomiędzy brwiami, gdzie już w młodym wieku często tworzą się lwie zmarszczki (roller rozluźnia skurczone mięśnie, które z czasem coraz gorzej się rozkurczają i tworzą zmarszczki). Dla osób, które zastanawiają się jak wyszczuplić twarz takie rollery również świetnie się sprawdzą. Bardzo chętnie kupiłabym sobie jeszcze wersję z jedną rolką, aby łatwiej wykonywać masaż policzków :)



"Gryzak uśmiechu" 


Nazwę dla tego gadżetu wymyśliłam sobie sama, jednak dość dobrze opisuje ona ten przedmiot. Jest to wykonany z miękkiego materiału "gryzak", na którym zaciskamy zęby, wkładając uprzednio nasze kąciki ust w specjalne widełki. Jego zadaniem jest ćwiczenie mięśni policzków (możemy próbować zaciskać usta, a opór zmusi nasze mięśnie do większej pracy) oraz praca nad symetrycznym uśmiechem. Moje doświadczenia z gryzakiem były jednak raczej negatywne, więc nie polecam wam go kupować. Przede wszystkim, widełki mocno wbijają się w nasze usta i sprawiają ból, przez co nawet pozostawanie bez ruchu jest bardzo nieprzyjemne. Ważniejszą jednak kwestią jest fakt, że widełki unoszą nasze kąciki bardzo do góry w taki sposób, że skóra w pewnym miejscu po prostu się zagina. Wielokrotnie zauważyłam, że po wyjęciu tego dziwnego narzędzia na skórze pozostają lekkie linie w miejscach, które były zagięte. Oczywiście, po chwili wszystko wraca do normy, ale uważam, że przy dłuższym stosowaniu taki gadżet może pogłębiać lub nawet tworzyć zmarszczkę w tym miejscu.





Klips do zwężania nosa


Nie uważam mojego nosa za najzgrabniejszy i najpiękniejszy, chociaż nie sądzę też, że należałoby go zwężać czy w inny sposób zmieniać jego kształt. Mimo to, postanowiłam wypróbować klips, który ma za zadanie zmienić jego kształt. Muszę przyznać, że nie miałam motywacji do używania go, zwłaszcza że utrudnia on znacznie oddychanie i jest to lekko bolesne. Po kilkunastu próbach poddałam się, ponieważ jego noszenie jest na tyle niewygodne i niekomfortowe, że wolę pozostać przy moim naturalnym kształcie :)





Spieniacz

O spieniaczu po raz pierwszy przeczytałam na blogu Azjatyckiego Cukru, gdzie Basia opisywała modę panującą w Azji, czyli stosowanie specjalnych spieniaczy do produktów myjących. Jest to nic innego, jak plastikowa miseczka z ruchomą "przykrywką", którą za pomocą szybkich ruchów w górę i w dół możemy zmienić nasz żel czy piankę oczyszczającą w gęstą pianę. Piana ta rzekomo (prócz oczyszczenia skóry) pomaga zwęzić pory skóry. 
Muszę przyznać, że używałam spieniacza trochę ponad tydzień i nie zauważyłam właściwie żadnej zmiany, jeśli chodzi o szerokość porów. Możliwe, że wynika to ze zbyt krótkiego czasu użytkowania lub tworzenia niewłaściwej piany (jeżeli piana może być niewłaściwa). Stosowanie go sprawia jednak sporo problemów - przede wszystkim jest zbyt duży jak na ilość żelu, jaką używa się przy jednym myciu twarzy. Miałam spory problem, ponieważ często piana w ogóle nie chciała się ubijać. Czasem była też zbyt wodnista, jeśli dolałam zbyt dużo wody. Nic więc dziwnego, że spieniacz naturalnie poszedł w odstawkę. Więcej było z nim zachodu niż pożytku. Aktualnie używam szczoteczki sonicznej, która z racji swoich drgań również bardzo fajnie pieni kosmetyki myjące i myślę, że dzięki temu działa na podobnej zasadzie. I w jej przypadku naprawdę zauważyłam, że pory są węższe!



Usta do ćwiczeń


Muszę przyznać, że gadżet ten wygląda ciekawie i dziwnie, a jest to nic innego jak przedmiot pomagający nam ćwiczyć mięśnie policzków, dzięki czemu możemy zahamować proces ich opadania. Wkładamy nasze usta w przeznaczone do tego celu miejsce a następnie staramy się zacisnąć usta. Gumowy materiał ogranicza i utrudnia nasze ruchy, dzięki czemu musimy użyć w tym celu więcej siły. Muszę przyznać, że gadżet ten przypadł mi do gustu. Jego stosowanie jest łatwe, nie sprawia bólu i nie utrudnia funkcjonowania. Możemy ćwiczyć oglądając filmy czy wykonując cokolwiek, co nie angażuje naszej twarzy :)

Jak to ma miejsce przy wielu kwestiach związanych z Azją, również gadżety do dbania o urodę mogą nam się wydawać dziwne, niepotrzebne czy głupie. Według mnie jednak wiele z nich jest naprawdę pomysłowych i przydatnych, o ile tylko zaprojektowane są z głową :) Usta do ćwiczeń czy masażery na pewno zostaną ze mną na dłużej, bo mimo iż masaże i ćwiczenia mięśni twarzy możemy wykonywać bez żadnych gadżetów, te zdecydowanie uprzyjemniają i pomagają w ich ćwiczeniu.


Słyszeliście już o którymś z tych gadżetów? A może już ich używaliście?




Nie zapomnijcie o Instagramie!

Instagram

I Facebooku!

dhttp://www.blogger.com/profile/14864244158757461829[email protected]15
tag:blogger.com,1999:blog-6481256220610052383.post-22218340078010985572018-03-14T19:58:00.000+01:002018-03-20T21:18:37.337+01:00Collection Lasting Perfection Concealer | Recenzja
Lasting Perfection
Cześć Piękni! 
Korektor Collection Lasting Perfection lata swojej świetności ma już chyba za sobą. Sama używałam go jakiś czas temu i wspominałam go bardzo dobrze, dlatego też postanowiłam kupić go po raz kolejny i sprawdzić, czy mój zachwyt był uzasadniony, czy wręcz przeciwnie.


Co mówi producent?
"Collection 2000 Lasting Perfection Ultimate Wear Concealer to korektor, który w doskonały sposób ukrywa niedoskonałości, krostki czy przebarwienia. Jest on idealny do maskowania worków i cieni pod oczami - a co ważne - nie obciąża skóry wokół oczu i pod oczami, która jak wiadomo jest bardzo delikatna."
Opakowanie: typowo "błyszczykowe"
Pojemność i cena: 6 ml, ok. 20 zł

Kiedy kilka lat temu stosowałam korektor Collection, dopiero zaczynałam swoją przygodę z makijażem. Po tym czasie w wielu kwestiach jestem bardziej świadoma, rozwinęły się również moje umiejętności. Dlatego byłam bardzo ciekawa mojej opinii na jego temat "po latach".

Korektor ten zapamiętałam jako zastygający i świetnie kryjący, wówczas niewiele takich produktów było na polskim  rynku, nie mówiąc już o dość niskiej cenie. W międzyczasie pojawiły się jego zamienniki, kamuflaże Catrice czy chociażby ostatnia nowość Makeup Revolution.
Lasting Perfection jest dosyć gęsty. Jak to zwykle bywa w przypadku korektorów zastygających, utlenia się i ciemnieje, jednak byłam na to przygotowana. Używam go w jedyne miejsce, gdzie stosuję korektor, czyli pod oczy. Oczywistym jest, że stosowanie pod oczami ciężkiego, zastygającego korektora jest dla nich obciążeniem, co staram się nadrabiać pielęgnacją. Moja skóra odczuła go jednak, miałam wrażenie że po nałożeniu była lekko przesuszona. Efekt przesuszenia wzmacnia się po kilku godzinach.
Muszę wam wyznać, że niestety, ale tym razem korektor Collection nie zrobił na mnie tak dobrego wrażenia, jak kilka lat temu. Przede wszystkim, jest o wiele cięższy niż dostępne na rynku zamienniki jak np. płynny kamuflaż Catrice. Sama formuła jest też jak gdyby bardziej sucha. Trudniej też się go nakłada - często mam wrażenie, że dodając kolejną warstwę, ściągam poprzednie. Być może dzieje się tak przez to, że korektor ten szybciej zastyga. 
Trwałość jest jednak naprawdę fajna, nic się nie ściera ani nie przemieszcza (zakładając oczywiście dobre utrwalenie pudrem oraz niedotykanie okolic oczu). Krycie jest spore, jednak kolor jest dosyć ziemisty, co znacznie utrudnia przykrycie cieni. Gdyby było w nim więcej żółci, łatwiej byłoby przykryć zasinienia. 
Wiele osób, z polecenia Maxineczki, używa go jako bazy pod cienie. Używałam go w ten sposób dawniej i rzeczywiście sprawdzał się fajnie, ponieważ dawał solidną i trwałą podstawę. Warto jednak pamiętać, aby w takim przypadku szczególnie zadbać o nasze powieki i nie szczędzić im kremu pod (i nad :)) oczy.


Collection Lasting Perfection
Wybaczcie "bladość" zdjęcia, ale było robione telefonem :)








Niestety, ale nie poleciłabym już tego korektora do stosowania pod oczy, choć jeżeli chodzi o zakrywanie niedoskonałości, być może wciąż będzie sprawdzał się świetnie. Może z czasem zmieniła się formuła, a może po prostu na rynku pojawiły się lepsze opcje. Tak czy siak, korektor ten trochę przesuszył moją skórę i nie będę go już kupować. Jak widać, czasem lepiej aby coś pozostało tylko w naszych wspomnieniach :)

Znacie ten kultowy korektor? Jakie jest wasze zdanie na jego temat?





Nie zapomnijcie o Instagramie!

Instagram

I Facebooku!

dhttp://www.blogger.com/profile/14864244158757461829[email protected]12
tag:blogger.com,1999:blog-6481256220610052383.post-27850914982582056062018-03-08T19:27:00.000+01:002018-03-14T20:13:24.979+01:00Jak farbuję włosy na różowo? Przegląd różowych farb do włosów cz. 2
Cześć Piękni! 
Niedawno na blogu pojawiła się pierwsza część opowieści o tym, jak farbuję moje włosy na różowo (klik). Czas na drugą część historii :) Jeśli ciekawi was w jaki sposób aktualnie farbuję włosy i przy której farbie zamierzam na razie zostać, ten post jest dla was.

Następna do przetestowania po szamponie Marion była farba Schwarzkopf Ultra Brights. Jest to zdecydowanie najtrwalsza ze wszystkich farb, jakie stosowałam (zarówno według opisu na pudełku, jak i w rzeczywistości). Do tego w opakowaniu znajdują się dwie saszetki odżywki. Farba ta jest również najbardziej intensywna i to z nią zostałam na dłużej. O trwałości najlepiej świadczy fakt, że ufarbowana skóra głowy trzyma do drugiego mycia. Początkowo bałam się, ponieważ ma ona w sobie sporo niebieskiego pigmentu, jednak okazało się, że ciepłe odcienie z moich naturalnych włosów i poprzednich farb świetnie to równoważą. Farbuję włosy co trzy tygodnie, a przy mojej długości włosów zamieszczone odżywki praktycznie wystarczają mi na cały okres między farbowaniami, co jest dodatkowym plusem. Po ok. dwóch tygodniach kolor jest już dosyć wypłowiały. Jest to najdroższa ze wszystkich opcji, ale biorąc pod uwagę częstotliwość farbowań i saszetki z odżywkami, wcale nie wychodzi tak źle. Używałam jej już ładnych kilka razy i nie widzę żadnego negatywnego wpływu na moje włosy. Tutaj zdjęcia:




Jak widać, w ciemnym świetle włosy wciąż są fioletowe, ale nic się nie poradzi. To jednak nie koniec całej historii, ponieważ jest pewna rzecz, której nie widać do końca na zdjęciach. Otóż moje włosy na grzywce i wokół twarzy są odrobinę jaśniejsze niż z tyłu głowy, przez co kolor z przodu zawsze wychodzi intensywniejszy i ładniejszy. Postanowiłam więc rozjaśnić lekko włosy, aby tył ładniej łapał farbę. Od razu chciałabym zaznaczyć, że NIKOMU nie polecam robić tego samemu, nie traktujcie tego jako tutorialu, ponieważ z fryzjerstwem nie mam nic wspólnego. Opisuję tylko moją głupotę :D Otóż, oczywiście, rozjaśnianie również wykonałam sama. I tak, wiem - farbowanych włosów się nie rozjaśnia. Ale ja to zrobiłam ;) Jako że kilka lat temu, schodząc z rudego do naturalnego koloru fryzjerka zastosowała u mnie kąpiel rozjaśniającą (mimo, że powinna zastosować dekoloryzację, ale tego jeszcze nie wiedziałam), postanowiłam że wykonam coś podobnego. Wymieszałam rozjaśniacz z odżywką do niego dołączoną i nałożyłam na włosy dosłownie na kilka minut (włosy jaśniały mi w oczach). Brałam na klatę ryzyko, że w rozjaśniaczu może być np. niebieski pigment, który zmieniłby mój róż w fiolet oraz że mogą stać się dziwne ciekawe rzeczy, byłam ich w pełni świadoma. Obyło się jednak bez nieprzewidzianych sytuacji (cały proces rozjaśniania kontrolowałam na bieżąco) i włosy stały się jedynie lekko pomarańczowe, a na odrostach - zielonożółte. Później użyłam już farby docelowej i efekt wyszedł fajny, choć żałuję, że nie potrzymałam rozjaśniacza troszkę dłużej. Wyglądałam tak:


Mimo, że znalazłam swojego ulubieńca, w międzyczasie kupiłam jeszcze wspomnianą na początku piankę Venita w kolorze 32 Intrygujący Róż. Mimo, że jest on naprawdę bardzo chłodny, postanowiłam go wypróbować. Używałam go między farbowaniami Schwarzkopfem, kiedy kolor już wyblakł, ale z jakiegoś powodu nie chciałam się jeszcze farbować. Po zastosowaniu tego odcienia zrozumiałam wszystkie komentarze, w których ludzie pisali o barwieniu poduszek itp. Jest to jedyna farba, która zabrudziła mi poduszkę (wcześniej zdarzały się tylko pobrudzone od wewnątrz kołnierzyki koszul). Okazuje się, że w zależności od odcienia, pianki trochę inaczej się zachowują. Przede wszystkim - numer 33 bardzo łatwo zmywa się z dłoni. Zdarzało mi się farbować włosy bez użycia rękawiczek, ponieważ pianka starcza na kilka użyć, a rękawiczki są tylko jedne. Nie miałam jednak żadnego problemu ze zmyciem jej z szyi, uszu, czoła czy rąk. Numer 32 jest natomiast ultra oporny i jeśli nie nałożycie jakiejś warstwy ochronnej, będziecie chodzić z różową skórą. Kolor jest naprawdę mocny, u mnie wyszedł dosyć chłodny i ciemny, różowofioletowy:



Jeżeli szukaliście wśród tego "przeglądu" Coloristy to muszę was zmartwić. Nie po drodze mi do nich było, zwłaszcza że są one droższe niż stosowane przeze mnie farby, a opinie są bardzo mieszane. Chciałam się nawet skusić na promocji, ale nie pasował mi żaden kolor. Aktualnie zostaję przy Schwarzkopfie, chociaż z pewnością będę węszyć i jeśli pojawi się jakaś fajna nowość, to wypróbuję. Myślałam również nad Elumenem i może kiedyś w końcu się skuszę, chociaż muszę przyznać, że nie wiem jak długo zostanę z różowymi włosami (przecież jest jeszcze turkusowy czy szary!). Kuszą mnie też różne urozmaicenia typu gradient, ombre i być może spróbuję również z czymś takim.

Mieliście lub macie kolorowe włosy? Jakie farby polecacie?


Pamiętajcie też o konkursie!






Nie zapomnijcie o Instagramie!

Instagram

I Facebooku!

dhttp://www.blogger.com/profile/14864244158757461829[email protected]39
tag:blogger.com,1999:blog-6481256220610052383.post-83236778985345376292018-03-03T20:47:00.000+01:002018-03-08T19:28:50.092+01:00Konkurs urodzinowy! Wygraj kosmetyki do włosów
Cześć Piękni! 
Już niedługo blog będzie obchodził swoje trzecie urodziny! Z tej okazji razem z marką Dermena mamy dla was konkurs. Do wygrania będą aż dwa zestawy kosmetyków do włosów :)


Na początek opowiem wam trochę o nagrodach. Kilka miesięcy temu recenzowałam na blogu szampon oraz odżywkę tej polskiej marki, recenzję znajdziecie tutaj. Sprawdziły się u mnie bardzo fajnie i byłam z nich zadowolona, dlatego tym razem to wy będziecie mogli je przetestować. Produkty wchodzą w skład serii dla osób, których włosy są osłabione lub wypadające. Jednak nawet, jeśli wasze włosy nie należą do najsłabszych, wzmacniająca kuracja z pewnością im nie zaszkodzi :)



W skład zestawu wchodzi szampon do włosów, który stymuluje odrastanie włosów oraz działa łagodząco na skórę głowy. Spowalnia również przetłuszczanie się włosów, nie obciążając ich. Odżywka nadaje włosom blasku oraz miękkości. Ułatwia też rozczesywanie oraz ma za zadanie wspomagać odbudowę włosów. Ostatnim składnikiem zestawu jest szybko wchłaniający się i nie przetłuszczający skóry głowy żel, który ma wspomóc porost włosów, zagęścić je oraz wzmocnić. 





Co należy zrobić, aby wziąć udział w konkursie?

1. Obserwować bloga przez gadżet Obserwatorzy oraz lubić fanpage na Facebooku.
2. Polubić fanpage Dermena na Facebooku.
3. Możecie również zaobserwować na Instagramie konto moje i Dermeny.
2. Odpowiedzieć na pytanie: „Jaki jest Twój sposób na piękne włosy?” 
3. Podać adres e-mail

Regulamin konkursu:
1. Organizatorem konkursu jest właścicielka bloga AngelikaNiedzwiedzka.pl, natomiast fundatorem nagrody - marka Dermena.
2. Konkurs trwa od 3 marca do 12 kwietnia 2018 roku.
3. Uczestnikami konkursu mogą być osoby pełnoletnie lub niepełnoletnie pod warunkiem uzyskania zgody opiekunów prawnych.
4. Warunkiem uczestnictwa w konkursie jest bycie obserwatorem bloga przez gadżet "Obserwatorzy", polubienie profili bloga oraz sponsora nagrody na Facebooku oraz odpowiedzenie na pytanie konkursowe. 
5. Zgłoszenie należy umieścić w formularzu konkursowym w poście. Zgłoszenia w innych miejscach nie będą brane pod uwagę. Jednemu uczestnikowi przysługuje jedno zgłoszenie konkursowe.
6. Nagrodami w konkursie są dwa zestawy kosmetyków do pielęgnacji włosów marki Dermena, w których skład wchodzi szampon, odżywka oraz żel wzmacniający włosy.
7. Zwycięzcą zostanie osoba, która w ocenie organizatorki udzieli najciekawszej odpowiedzi na pytanie konkursowe.
8. Konkurs zostanie rozstrzygnięty w przeciągu dwóch tygodni od zakończenia. Po rozstrzygnięciu laureat zostanie powiadomiony o wygranej drogą mailową. Na odpowiedź zwrotną czekam 7 dni. W przypadku braku informacji zwrotnej, nagroda zostanie przyznana kolejnej osobie.
9. Nagrody zostaną wysłane Pocztą Polską w terminie dwóch tygodni od otrzymania danych do wysyłki. Wysyłka możliwa jest tylko na terenie Polski.







Mam nadzieję, że podoba wam się taki konkurs :) Czekam na zgłoszenia!




Nie zapomnijcie o Instagramie!

Instagram

I Facebooku!

dhttp://www.blogger.com/profile/14864244158757461829[email protected]20
tag:blogger.com,1999:blog-6481256220610052383.post-28562235887455584232018-02-25T17:59:00.001+01:002018-03-03T21:01:39.633+01:00Magic levereg, czyli sprężynki do loków | Recenzja
magic levereg
Cześć Piękni! 
Moje włosy od zawsze były dla mnie niemałym wyzwaniem. Są bardzo trudne w stylizacji. Nie są ani do końca proste, ani też kręcone czy falowane i nie poddają się bez walki. Wyprostowane - kręcą się, a pokręcone - prostują. Kiedy moje włosy były długie i ciężkie, właściwie nie było sposobu by je okiełznać. Po ścięciu zaczęłam jednak testować różne ciekawe metody a dzisiaj przedstawię wam jedną z nich.


Co mówi producent?
"Niezwykłe łatwy i praktyczny sposób na zmianę fryzury. Nie chcesz wydawać fortuny na fryzjera i mieć profesjonalną fryzurę? Magiczne spirale to rewolucyjny sposób, łatwy, do samodzielnego układania włosów. Można stosować na krótkich i długich włosach. Są wykonane z bardzo specyficznej gumy i wzmocnionego termoformním nylon. Można użyć dowolnego produktach do pielęgnacji włosów (pianka , lakier). Rolki są miękkie, więc można w nich spać. Możesz użyć wygodnie w domu."
Cena: w zależności od ilości "papilotów" oraz długości ceny są różne ; podstawowy zestaw do średniej długości włosów kosztuje mniej niż 10 zł
Zawartość opakowania: w zależności od wybranego zestawu, składa się on ze sprężynek oraz "radełka", za pomocą którego umieszczamy włosy wewnątrz 


magic levereg
Tuż po zdjęciu sprężynek

Oprócz tego, że moje włosy są trudne w stylizacji i utrzymaniu uzyskanej fryzury, są wyjątkowo odporne na stylizacje z użyciem ciepła. Loki uzyskane za pomocą lokówki czy prostownicy utrzymują się u mnie co najwyżej trzy godziny (również te wykonane przez fryzjerów). Jeśli chodzi o prostowanie, jest trochę lepiej, ale wystarczy odrobina wilgoci, by włosy zaczęły się wykręcać. Od zawsze najlepsze efekty uzyskiwałam stosując metody bez użycia ciepła.
Tak się jednak składa, że jestem beznadziejna jeżeli chodzi o fryzjerskie sprawy i mam dwie lewe ręce do czesania. Dlatego mimo prób robienia loków na opaskę, koczki, zakręcanie wokół własnej osi itd., zawsze efekt był tragiczny - np. jedna strona w ogóle się nie pokręciła, loki były kwadratowe itp. Kiedy więc obcięłam włosy, uzyskując długość, którą można zakręcić w takich sprężynkach, postanowiłam od razu je wypróbować. Postanowiłam nie opisywać tutaj kosmetyków, których używam do stylizacji, bo nie jestem w stanie nic konkretnego wam polecić. Jeśli znacie jakieś fajne pianki czy inne produkty utrwalające, dajcie znać!
Zacznę od informacji, która interesuje wiele osób. Tak - w tych sprężynkach naprawdę można spać. Są wyczuwalne i troszeczkę przeszkadzają, ale jeśli nauczycie się nakładać je w taki sposób, aby włosy zebrane były dość wysoko, a sprężynki skierują się do góry, uda wam się podłożyć poduszkę nisko pod głowę i nie będziecie musieli na nich leżeć. 


loki bez użycia ciepła
Kilkanaście minut po zdjęciu magic levereg

Jak zatem nałożyć te dziwne cuda na włosy? Początkowo sprawiało mi to dużą trudność, wyrwałam też wiele włosów. Wszystko jest jednak kwestią nauki. Na początku róbcie to zawsze przy lustrze. Łapiemy pasmo włosów, skręcamy je wokół własnej osi tak, aby skręt był jak najbliżej skóry głowy i umieszczamy w oczku "radełka", na który wcześniej naciągnęliśmy sprężynkę. Następnie zsuwamy sprężynkę z radełka, jednocześnie ciągnąc radełko na zewnątrz, a ono ciągnie za sobą włosy. Kiedy już je wyciągniemy, sprężynka wraca do swojego kształtu. Opis wydaje się skomplikowany, jednak nie jest to nic trudnego.
Sprężynki stosuję zawsze na noc, ponieważ tylko wtedy mam pewność, że moje loki utrzymają się kilka/kilkanaście godzin. Zdejmuję je dosłownie na chwilę przed wyjściem. Skręt jaki otrzymujemy jest właściwie taki, jak kształt sprężynek. Pasma są więc dosyć płaskie, zakręcone na "okrągło". Mnie efekt tuż po zdjęciu nie do końca się podoba, ale w ciągu pół godziny loczki delikatnie się rozprostowują i wszystko wygląda fajnie. Zauważyłam też, że o wiele fajniejszy efekt uzyskiwałam przed podcięciem włosów, teraz są trochę za krótkie. Należy jednak wziąć pod uwagę, że magic leverag nie daje efektu odbicia włosa u nasady.


magic levereg
Po kilku godzinach, bez użycia lakieru ani innych produktów utrwalających


Ostatnio kupiłam sobie słynne wałki na rzepy, będę więc porównywać obie metody i na pewno dam znać jak sprawdziły się wałki. Komu polecałabym magic leverag? Na pewno osobom o średniej długości włosach (mniej więcej do ramion) lub dłuższych, jeśli nie chcecie kręcić włosów od nasady, a same końce. Istnieją, co prawda, sprężynki dla osób o długich włosach, ale całość jest droższa i nie jestem pewna, czy jest to najlepsza metoda dla takiej długości. Jest to też świetna metoda dla osób, które muszą lub chcą aby włosy kręciły się podczas snu :)

Znacie magic leverege? Jak wy lubicie kręcić swoje włosy?




Nie zapomnijcie o Instagramie!

Instagram

I Facebooku!

dhttp://www.blogger.com/profile/14864244158757461829[email protected]19
tag:blogger.com,1999:blog-6481256220610052383.post-34143133028995544902018-02-20T16:19:00.001+01:002018-02-25T18:12:31.443+01:00Jak farbuję włosy na różowo? Przegląd różowych farb do włosów cz. 1

Cześć Piękni! 
Całkiem niedawno opowiadałam wam jak obcięłam moje długie blond włosy i przekazałam je fundacji Rak n' Roll (klik). Zapowiedziałam wam też, że powiem parę słów na temat farbowania, a ponieważ sama poszukiwałam tego typu informacji przed ufarbowaniem włosów, mam nadzieję, że komuś ten post się przyda :) Musiałam podzielić go na dwie części, ponieważ przy zbyt dużej ilości wrzuconych zdjęć z Instagrama, zaczęły one na siebie nachodzić.


Postanowiłam, że od razu po obcięciu włosów ufarbuję je sama i tak też zrobiłam. Przed farbowaniem szukałam recenzji, zdjęć i opisów, aby znaleźć najlepszą farbę. Informacji na temat różowych włosów wcale nie jest jednak tak wiele, jak mogłoby się wydawać. 
Mój pierwszy (a że nie ostatni, to zaraz się przekonacie) wybór padł na piankę Trendy od Venita. Na jej temat słyszałam najwięcej pozytywnych opinii. Szukałam ciepłego różu, czegoś co nie da mi czystego koloru, a będzie lekko stonowane, taki różo-blond (z naciskiem na róż). Dlatego też zdecydowałam się na kolor 33 Urzekająca Purpura. Jak wygląda ten kolor oraz jego porównanie do bardziej popularnego odcienia 32 Intrygujący Róż, o którym jeszcze opowiem, możecie znaleźć u Dzikiej Wózkowej (klik). Nie rozjaśniałam włosów, ponieważ nie chciałam ich niszczyć. Liczyłam też, że na moim blondzie kolor wyjdzie taki, jakiego oczekuję - wyraźny i widoczny, ale stłumiony naturalnym odcieniem. Udało się to połowicznie. Tutaj macie zdjęcia z tego okresu:




Jak więc widać, kolor wyszedł bardziej czerwony, niż różowy. A w zasadzie wszystko zależało od światła, bo przy sztucznym świetle lub braku światła włosy wyglądały bardziej fioletowo. Na żywo różowo-czerwono, a na zdjęciach w zasadzie były czerwone. 
Pianka ta utrzymuje się krótko i już po tygodniu, czyli po ok. 2-3 myciach musiałam po raz kolejny farbować włosy. Nie zostawia ona natomiast żadnych śladów na ubraniach czy poduszkach - jedynie na ręczniku, w który wycieramy mokre włosy. Uważajcie na to, a najlepiej używajcie do włosów ciemnych ręczników, bo ja (mimo stosowania odplamiacza) mojego nie doprałam. Cena pianki to ok. 10 zł i przy długości włosów do ramion wystarcza na ok. 2,5 użycia (ja dawałam jej dużo). Największą wadą okazało się jednak dla mnie to, że pianka ta nierówno złapała moje włosy. W niektórych miejscach koloru nie było prawie w ogóle, moje włosy były trochę w ciapki. Postanowiłam więc wypróbować coś innego :D

Przeglądając farby w Naturze natrafiłam na szampony koloryzujące Marion. Wiem, że firma ta posiada ciekawe kolory w swojej ofercie, jednak nigdzie ich nie znalazłam. Znalazłam natomiast szampon w kolorze Wiśnia, który na zdjęciu poglądowym dość mocno wpadał w róż, więc... tak :D Kupiłam szampon patrząc na zdjęcie, zamiast nazwę koloru. Już podczas farbowania wiedziałam, że jest to zły pomysł, ponieważ farba okazała się bordowa. Ostateczny efekt jednak nie był wcale zły i włosy rzeczywiście miały różowy poblask. Szampon ten jest bardzo tani - kosztuje kilka złotych. Kolor był jednak zdecydowanie za ciemny, dlatego też zrezygnowałam z tej "farby. Nie zauważyłam jednak żadnego negatywnego wpływu na włosy, tak samo jak w przypadku pianki Venita. Tutaj macie zdjęcie:


W drugiej części opowiem wam co jeszcze testowałam i przy jakiej farbie zostałam na dłużej :) Jeśli znacie jakieś fajne kolorowe farby, dajcie znać!



Nie zapomnijcie o Instagramie!

Instagram

I Facebooku!

dhttp://www.blogger.com/profile/14864244158757461829[email protected]10
tag:blogger.com,1999:blog-6481256220610052383.post-18436770578743683732018-02-12T18:39:00.000+01:002018-02-27T20:02:45.905+01:00"Wstydliwa historia piękna" | Recenzja
Wstydliwa historia piękna
Cześć Piękni! 
Jak pewnie wiecie, kocham ciekawe książki. Tym bardziej kocham je wtedy, kiedy dotyczą tematu kosmetyków, urody, historii XX wieku i emancypacji kobiet. "Wstydliwą historię piękna" wyobrażałam sobie jako książkę poruszającą wszystkie te tematy, jednak rzeczywista tematyka bardzo mnie zaskoczyła. Okazuje się, że oprócz głównych postaci, czyli Eugene Schuellera i Heleny Rubinstein, nie ma ona prawie nic wspólnego z kosmetyką. Znajdziemy natomiast mnóstwo informacji na temat Francji w czasie II Wojny Światowej, nazistów i kolaboracji.





Wstydliwa historia piękina

Biografię Heleny Rubinstein autorstwa Michele Fitoussi recenzowałam na blogu rok temu (klik). "Wstydliwa historia piękna" jest połączeniem biografii naszej rodaczki oraz Eugene Schuellera, założyciela marki L'oreal. Skąd takie połączenie i dlatego akurat te dwie postaci zostały zestawione w jednej książce? Żyły one w tym samym czasie, reprezentowały zupełnie inne poglądy oraz podejście do biznesu, jednak obie w znaczący sposób przyczyniły się do powstania i rozwoju kosmetycznego biznesu. Co jeszcze ciekawsze, L'oreal ostatecznie przejął imperium Heleny (już po śmierci Schuellera). Ale co wspólnego mają z tym naziści i wojna?


Nie chcę zdradzać wam wszystkich tajemnic, chociaż historia jest tak interesująca, że bardzo chętnie bym wam ją streściła. Mam nadzieję jednak, że zainteresuję was nią na tyle, że sami sięgniecie po książkę. W skrócie powiem tyle, że Eugene i Helena różnili się naprawdę wszystkim. Ona jako młoda kobieta wyruszyła w samotną podróż do Australii, gdzie założyła swoje imperium. Stała się pierwszą kobietą milionerką, która sama zapracowała na swoją fortunę. Podbiła Londyn, Paryż i Amerykę, gdzie w pewnym momencie jej firma była na 10. miejscu wśród największych firm  w Stanach. Mimo iż nigdy oficjalnie nie walczyła by osiągnąć równouprawnienie, właściwie całe jej życie było walką o wolność i równość względem mężczyzn. Z Polski uciekła, bo nie chciała wychodzić za mąż. Nie godziła się na bycie ozdobą u boku męża. Nawet kiedy stała się mężatką, wciąż dominowała. Wypłacała nawet pensję swojemu mężowi, który pracował dla jej firmy. Była silna i niezależna aż do samego końca. 



Helena Rubinstein

Eugene natomiast nie był w ogóle zainteresowany kosmetykami czy urodą, co jest rzadko spotykane wśród założycieli wielkich marek tej branży. Sławę i pieniądze przyniosło mu stworzenie nieszkodliwej, a przynajmniej mniej szkodliwej niż obecne wówczas na rynku, farby do włosów. Stworzył ją jednak raczej ze względu na wyzwanie rzucone mu przez pewnego fryzjera. L'oreal przez lata był dla niego źródłem pieniędzy do finansowania swoich innych projektów. Miał zdecydowane poglądy na politykę i ekonomię, co sprawiło że w czasie wojny zaczął kolaborować z Niemcami. Liczył na stworzenie czegoś na wzór unii francusko-niemieckiej, gdzie oba kraje byłyby faszystowskie. Pod koniec wojny, gdy wiadome już było, że Niemcy przegrają, a po wojnie kolaboranci poniosą odpowiedzialność za swoje czyny, zaczął wspierać ruch oporu. Jego podejście do kobiet było podobne do tego w nazistowskich Niemczech - miały one zajmować się domem, gotować i rodzić dzieci. Jest to ciekawe biorąc pod uwagę fakt, że kosmetyki zawsze wiązały się z większą wolnością kobiet. 
Historie te zawierają oczywiście o wiele więcej ciekawych wątków. Większość książki skupia się na życiu Schuellera. Dokładnie opisane zostały jego działania w czasie wojny. Nie dowiemy się tutaj nic na temat kosmetyków, jakie były wtedy wypuszczane ani też kto był odpowiedzialny za pierwsze receptury. Wszystko skupia się na temacie wojennej Francji i jest to według mnie świetna opowieść o czasach, gdzie kolaboranci pomagali partyzantom, a partyzanci kolaborantom oraz gdzie nic nie jest czarne albo białe.
Helena i Eugene różnili się w jeszcze jednej kwestii. Helena bardzo pomagała swojej rodzinie. Ściągała jej członków z Polski oraz zatrudniała w swojej firmie (dzięki temu uratowała jej większość przed śmiercią w obozie, co nie udało się w przypadku jej siostry, która nie chciała opuścić Krakowa). Po śmierci zastąpił ją jej syn, który jednak zupełnie nie potrafił zarządzać firmą, co ostatecznie doprowadziło do jej osłabienia i sprzedaży. Eugene uważał natomiast, że firmę należy przekazać nie rodzinie, a osobie, która będzie umiała nią zarządzać (łatwo było mu powiedzieć, ponieważ miał tylko córkę). Następcą został więc młodzieniec, który został przez niego uznany za odpowiedniego ku temu zadaniu (stał się również jego zięciem). Było to dobre posunięcie, gdyby nie skandale wybuchające co pewien czas. Następca Schuellera oraz niektórzy pracownicy również byli niechlubnie powiązani z wojną, a nawet odpowiedzialni za pogrom Żydów. Ciekawe jest dla mnie to, że skandale te miały miejsce wiele lat po wojnie, ostatni w 1991 roku (tak naprawdę ostatni był w 2001, jednak według mnie w tej sprawie L'oreal rzeczywiście nie zawinił). Do przejęcia firmy Heleny, która była Żydówką, zawzięcie dążył człowiek, który wiele lat wcześniej wypędzał Żydów z mieszkań i okradał ich majątki.


Eugene Schueller

Jedyne, co nie do końca odpowiada mi w tej książce, to ostatnie części. Otóż kiedy cała opowieść się kończy, odnajdujemy dość spory rozdział na temat współczesnej branży kosmetycznej, operacji plastycznych i dążenia do piękna. Autorka wskazuje na to, że mimo iż świat poszedł naprzód, a kobiety uzyskały równość i prawa wyborcze, wciąż to mężczyźni, którzy rządzą branżą kosmetyczną, mówią nam jak mamy wyglądać. Szeroko opisuje też temat operacji plastycznych. Jest to pewien rodzaj "pogadanki" czy luźnych myśli autorki, jednak dość kiepsko wpisuje się w tematykę książki. Wygląda to tak, jakby autorka chciała przekazać innym trochę swojego światopoglądu, a z racji że pisze książkę, to uznała to za dobre miejsce. O ile poruszane przez nią tematy są ciekawe, to nijak mają się do reszty książki.
Na koniec następuje porównanie Heleny do córki Schuellera, Liliane. Pokazuje ono co prawda dwie ogromnie bogate kobiety przemysłu kosmetycznego (Liliane została najbogatszą kobietą świata, aktualnie tytuł ten "nosi" jej córka), jednak to porównanie nie jest, według mnie, do końca trafione. Liliane została wychowana na potulną córkę i żonę, przez co nigdy nie próbowała nawet zostawić swojego śladu w branży. Dzięki ojcu i mężowi wiodła bogate życie (zmarła we wrześniu 2017), jednak nie miała w sobie odwagi i buntu, który zaprowadził Helenę na szczyt. Miała po prostu szczęście urodzić się w takiej rodzinie.

Jest to według mnie bardzo zaskakująca i intrygująca książka, rodząca jednocześnie wiele pytań. Kiedy pracowałam w perfumerii, spotkałam pewnego razu klientkę, która szukała perfum dla męża. Od razu odrzuciła jednak Hugo Bossa, ponieważ "mąż Bossa nie nosi, bo szył mundury dla SS". Niewątpliwie ma rację, jednak zastanowić by się można, czy bojkot marek, które już od dawna zarządzane są przez inne osoby, które wojny nawet nie widziały, ma sens. Czy sens miałoby bojkotowanie L'oreala, który "wchłonął" kilkaset marek? Czy należałoby zbojkotować wszystkie te marki, które zostały wykupione? Pytania te pozostawiam wam, a jeżeli interesuje was historia marek kosmetycznych w kontekście historii XX wieku, to z pewnością polecam wam przeczytanie "Wstydliwej historii piękna" :)


Znacie "Wstydliwą historię piękna? Co myślicie o tej książce?





Nie zapomnijcie o Instagramie!

Instagram

I Facebooku!

dhttp://www.blogger.com/profile/14864244158757461829[email protected]10
tag:blogger.com,1999:blog-6481256220610052383.post-10550550192724298522018-02-04T16:25:00.000+01:002018-02-12T18:40:48.517+01:00Jak oddać włosy na peruki dla osób po chemioterapii?

Cześć Piękni! 
Osoby, które śledzą mnie na Instagramie nie mogły przeoczyć faktu, że na początku listopada moje włosy zostały skrócone o 40 cm. Wiecie też z pewnością, że postanowiłam oddać je fundacji Rak n' Roll, aby wykonane zostały z nich peruki dla osób po chemioterapii. Wiem, że spora część osób popiera takie inicjatywy czy też zamierza wziąć w nich udział, jednak zwykle nie do końca wiemy jak to wygląda oraz jakie są wymagania. 


Myśl o tym, aby oddać swoje włosy osobom, którym ich własne nie odrosną tak szybko jak mnie pojawiła się w mojej głowie dawno temu. Od bardzo dawna myślałam o tym, że chciałabym to kiedyś zrobić, jednak zawsze było to w fazie planów. Aż do czasu, kiedy... nie, nie uraczę was teraz żadną wyciskającą łzy historią tłumaczącą moją decyzję. Po prostu uznałam, że zrobię to teraz. I zrobiłam :D Nie ukrywam też, że zaświtała mi w głowie myśl aby ufarbować włosy, a nie chciałam tego robić na długich. Musiałabym na to zużyć całą tonę farby, a poza tym nie wszystkie farbowane włosy można później oddać na peruki.

W czasie kiedy oddawałam swoje włosy kilka osób pytało mnie o różne kwestie z tym związane, dlatego chciałabym właśnie je tutaj poruszyć. Opowiem wam również ogólnie dlaczego warto i jak to wszystko działa, być może komuś przydadzą się te informacje :)
Jeżeli zastanawiacie się po co w ogóle oddawać włosy na peruki i czy jest sens to robić, odpowiedź brzmi: TAK. Peruki dla osób po chemioterapii są w Polsce refundowane tylko częściowo. Naturalne włosy są bardzo drogie, a już samo leczenie i walka z chorobą jest przecież niemałym kosztem. Włosy są atrybutem kobiecości. Nic więc dziwnego, że wielu kobietom bardzo ciężko jest się z nimi rozstać. Muszę przyznać, że sama nie wyobrażam sobie sytuacji, w której miałabym zostać bez nich. Na rynku dostępne są oczywiście peruki syntetyczne, jednak te tańsze nigdy nie będą wyglądać jak prawdziwe włosy.
Faktem jest, że na obcięciu włosów można sporo zarobić. Przeglądając pierwszą lepszą ofertę w skupie włosów wyliczyłam, że za moje prawie 40-centymetrowe, niefarbowane włosy mogłabym dostać od kilkuset złotych do nawet tysiąca. Wszystko zależy od długości, wagi i koloru. Piszę o tym, ponieważ warto mieć tego świadomość i samodzielnie dokonać decyzji. Skupy oferują za włosy naprawdę sporo pieniędzy, a to przecież dopiero początek drogi. Perukę tworzy się z włosów przynajmniej kilku osób, do tego dochodzą koszty wytworzenia. Bez robienia researchu można więc wywnioskować, że koszt tak wykonanej peruki wynosi często kilka tysięcy złotych. Wiele osób nie może sobie na nią pozwolić.



Przejdę teraz do kwestii technicznych, które mogą was interesować i intrygować. Wszystie informacje znajdziecie na stronie Fundacji Rak n' Roll. Ja odniosę się tylko do kwestii, o które niektóre osoby mnie pytały. 
Minimalna długość włosów, które można przekazać to 25 cm. Z takich pasm można stworzyć perukę o długości 15, a więc dosyć krótką. Moje włosy zmierzone już po obcięciu miały ok. 38 cm, więc całkiem sporo. Podejrzewam, że peruka, która z nich powstanie może mieć długość taką, jaką moje włosy miały po obcięciu. Włosy muszą być oczywiście zdrowe, jednak mitem jest, że nie mogą być farbowane.
Jak najbardziej możliwe jest oddanie włosów farbowanych. Nie mogą być one jednak rozjaśniane. Problem leży jednak w tym, że często farby drogeryjne rozjaśniają włosy nawet jeśli o tym nie wiecie i tego nie zauważacie. Najlepiej spytać o radę w tej kwestii dobrego fryzjera. Włosy przyciemniane jak najbardziej można wykorzystać. Nie można jednak oddać włosów, które najpierw były rozjaśnione, a później przyciemnione.



Aby oddać włosy fundacji nie trzeba jechać specjalnie do Warszawy, nie trzeba brać udziału w żadnej akcji obcinania włosów czy też szukać specjalnego fryzjera, który ma jakąś umowę z fundacją. Włosy można obciąć u każdego fryzjera a nawet samodzielnie, trzeba jednak zrobić to zgodnie z instrukcją dostępną na stronie. Wymogi nie są jednak wielkie i raczej nikt nie powinien mieć problemu z ich przestrzeganiem. Obcięte włosy wysyłamy pocztą do siedziby fundacji. Niestety, ale z racji iż na jedną perukę składają się włosy wielu osób, a często włosy jednej osoby są wykorzystywane przy wielu perukach, nie można zobaczyć peruki wykonanej z naszych włosów. 
Wypełniając oświadczenie, które wysyłamy razem z włosami do Warszawy, możemy zaznaczyć chęć otrzymania dyplomu z podziękowaniem. Ja zaznaczyłam, że chcę takowy otrzymać głównie dlatego, że niestety, ale Fundacja Rak n' Roll nie wysyła żadnych potwierdzeń, że otrzymała przesyłkę z włosami. Można oczywiście do nich napisać i uzyskać taką informację, jednak zdaję sobie sprawę, że jest to dość uciążliwe dla pracowników. Poza tym taki dyplom to fajna pamiątka i bardzo miły gest. Na jego otrzymanie trzeba jednak często bardzo długo czekać, ponieważ Fundacja zwyczajnie nie wyrabia się z ilością otrzymywanych przesyłek. Ja swojego jeszcze nie otrzymałam, ale wciąż czekam :)



Jak czuję się w krótkich włosach? Zapewne wiecie już, że nie tylko obcięłam włosy, ale również ufarbowałam je. Co więcej, zrobiłam to tego samego dnia. O samym farbowaniu opowiem wam za jakiś czas, bo jest to dość ciekawa historia. W krótkich włosach czuję się natomiast bardzo dobrze. Nie przeżywałam żadnej żałoby po utraconych kłaczkach :D Kilka dni po ścięciu naszedł mnie moment refleksji i zawahania czy dobrze zrobiłam, jednak szybko mi przeszło i na razie nie mam zamiaru zapuszczać włosów. Wydaje mi się, że farbowanie również zadziałało na korzyść - nigdy nie nasłuchałam się tylu komplementów na temat mojego wyglądu co teraz, gdy mam krótkie różowo-czerwono-rude (w zależności od czasu jaki minął od farbowania) włosy :)

Zdarzyło wam się kiedyś oddać włosy na peruki? A może dopiero chcecie to zrobić?





Nie zapomnijcie o Instagramie!

Instagram

I Facebooku!

dhttp://www.blogger.com/profile/14864244158757461829[email protected]7
tag:blogger.com,1999:blog-6481256220610052383.post-27826977581646476502018-01-26T11:49:00.000+01:002018-02-12T18:41:00.960+01:00Czy maski oczyszczające w stylu peel-off są skuteczne? | Pilaten
Black Head Pilaten
Cześć Piękni! 
Moja cera nie należy do tych zbytnio problematycznych, nigdy nie miałam również problemów z trądzikiem. Jakiś czas temu zauważyłam jednak, że na moim nosie pojawia się coraz więcej wągrów, a na skórze policzków tuż przy nosie pory są rozszerzone. Postanowiłam więc coś z tym zrobić i tak trafiłam na maskę Pilaten.


Co mówi producent?
"Maseczka polecana do wielu typów cer, w szczególności tłustej i mieszanej, ze skłonnością do występowania zaskórników (również zamkniętych wągrów) oraz powiększonych porów skórnych. Naturalne składniki gwarantują bezpieczeństwo stosowania bez ryzyka podrażnień. Zawiera aktywny węgiel pozyskiwany z bambusa, który ma właściwości oczyszczające, bakteriobójcze i ściągające, dzięki czemu dokładnie usuwa nadmiar tłuszczów znajdujących się na powierzchni skóry. Niweluje także efekt „świecenia się” twarzy. Dodatkowo poprawia koloryt cery delikatnie ją rozjaśniając."
Cena i pojemność: ok. 1 zł za saszetkę 6g ; od 12 do nawet 50 zł za 60g
Opakowanie: saszetka lub tuba

Kiedy zaczęłam szukać opinii o różnych maskach oczyszczających, szybko trafiłam na robiącą sporą karierę w Internecie markę Pilaten z jej czarną, zastygającą maską. W sieci można trafić na mnóstwo filmów i wpisów na różnych blogach, które pokazują jej działanie. Sama marka pochodzi z Korei, stąd też pewnie jej popularność. Muszę przyznać, że trochę bałam się zakupu tej maski ze względu na całą masę podróbek kosmetyków azjatyckich, które można spotkać na naszym rynku. Nigdy nie kupuję kosmetyków na Aliexpress (jeśli chcecie wiedzieć dlaczego, klikajcie tutaj) i też nie chciałabym kupić w polskiej drogerii czegoś, co zostało stamtąd sprowadzone.
Zamówiłam jednak kilka saszetek, a kiedy do mnie dotarły, zaczęło się testowanie. Od razu muszę wspomnieć, że maska jest baaardzo wydajna. Jeżeli tak, jak ja, chcecie używać jej tylko na nos (jeśli na policzkach czy czole nie pojawiają się wam niedoskonałości, nie ma sensu używać tam maski), z pewnością jedna saszetka starczy wam na wiele użyć. Moją pierwszą zmarnowałam, ponieważ użyłam jej tylko raz, następnie zawinęłam w papier i odłożyłam do szafki... do góry nogami. Wszystko się wylało :( 
Masek tego typu używałam kilka razy w życiu, były to jednak zwykle plasterki, które należało nakleić na skórę, a po pewnym czasie oderwać. Tutaj nakładamy produkt płynny, który wysycha tworząc pewną "powłokę". Zrywając zaschniętą maseczkę usuwamy zanieczyszczenia z porów, które się do niej przyklejają. Jeżeli chodzi o mnie, moje zanieczyszczenia na nosie są niewielkie, więc i efekt nie był spektakularny. Na oderwanym kawałku znalazłam miniaturowe "włoski" (tak, to jest właśnie to, co siedzi w naszych porach), jednak nie było takiego wow, jak na wielu filmach na YT. Skóra nosa jest trochę czystsza, po wykonaniu maski wągrów jest mniej, ale też nie znikają wszystkie. Warto zadbać, aby przed nałożeniem maseczki otworzyć nasze pory. Możemy to zrobić przy pomocy parówki, ja po prostu nakładam ją tuż po gorącym prysznicu.
Postanowiłam jednak, że warto przetestować maskę Pilaten na kimś, kto rzeczywiście ma problem z zatkanymi porami i znalazłam ochotnika. Poniżej wrzucę zdjęcia efektów, jednak nie jest to najprzyjemniejszy widok, więc ostrzegam :) Skóra przed wykonaniem peelingu została umyta, jednak nie był wykonywany peeling, parówki ani nic innego. I był to chyba lekki błąd. Nałożyłam dosyć sporą warstwę maski na czoło, policzki oraz nos. Po zdjęciu okazało się, że tak właściwie oderwała ona jedynie martwy naskórek oraz włoski. Częściowo usunęła zapewne również nieczystości z porów, jednak efekt nie jest spektakularny. Co więcej, na skórze zostało mnóstwo lekko naderwanych, ale nie oderwanych skórek, więc peeling był niezbędny. 


Maska Pilaten


Pilaten
Czarna maska
Pilaten

Muszę przyznać, że moje oczekiwania i nadzieje względem maski Pilaten były trochę większe. Niestety, ale efekt jaki oferuje nie jest spektakularny i chociaż fajnie zastosować sobie taki zabieg raz na jakiś czas, to uważam że lepiej zainwestować w kosmetyki z węglem i innymi silnie oczyszczającymi substancjami.

Stosowaliście maskę Pilaten? A może znacie inne, podobne produkty?




Nie zapomnijcie o Instagramie!

Instagram

I Facebooku!

dhttp://www.blogger.com/profile/14864244158757461829[email protected]9
tag:blogger.com,1999:blog-6481256220610052383.post-59916899797270726452018-01-18T12:35:00.000+01:002018-01-30T18:11:42.793+01:00Recenzja pędzli Hulu
Cześć Piękni! 
Jeżeli jesteście takimi makijażowymi freakami jak ja, z pewnością nachodzą was okresy, kiedy czujecie, że wasza kolekcja pędzli jest zupełnie niewystarczająca. Mnie również takie uczucie naszło kilka miesięcy temu, dlatego postanowiłam poszerzyć swoją kolekcję. Tym razem padło na coraz popularniejsze w blogosferze pędzle Hulu.


Tak jak to miało miejsce w przypadku poprzednich recenzji pędzli Hakuro (klik), Sunshade Minerals (klik) czy z EnjoyOurs (klik), postanowiłam opisać każdy z posiadanych przeze mnie pędzli osobno, uwzględniając jego zalety oraz wady. Na wstępie powiem jednak, że kupowałam każdą sztukę osobno, nie korzystając z żadnej opcji zestawu. Nie jestem ich wielką fanką, ponieważ zwykle okazuje się, że nie wszystkie egzemplarze odpowiadają naszym oczekiwaniom, więc lepiej posiadać mniej pędzli, ale za to idealnie dopasowane do naszych potrzeb. Oczywiście, na samym początku bardzo trudno nam stwierdzić które kształty sprawdzą się u nas najlepiej, jeśli jednak posiadacie już kilka pędzli, prawdopodobnie jesteście w stanie na podstawie zdjęć w Internecie stwierdzić, które modele będą dla was idealne.
Odnośnie samych pędzli Hulu, mogę powiedzieć tylko że do złudzenia przypominają mi one pędzle Hakuro. Nie zdziwiłoby mnie, gdyby pochodziły od jednego producenta czy też były na nich wzorowane. Są jednak tańsze, a jakość jest porównywalna.


P44
Cena: 12,50 zł
Jest to mały pędzelek kuleczkowy, dosyć podobny do posiadanego przeze mnie H78 z Hakuro. Jeśli chodzi o wielkość, to są prawie identyczne. Pędzelek Hulu jest jednak wykonany z włosia kozy, przez co jest bardziej szorstki w dotyku. Ma też bardziej spiczastą końcówkę. Mimo wszystko uważam oba egzemplarze za zamienniki i używam ich wymiennie, ponieważ oba bardzo fajnie sprawdzają się do precyzyjnego nakładania cienia, np. w załamanie lub zewnętrzne V. Zwykle używam ich aby stworzyć na oku efekt głębi - najpierw robię chmurkę koloru bardziej puchatym pędzlem, a następnie nakładam ciemniejszy odcień w konkretne miejsca za pomocą kuleczki.


P50
Cena: 16,99 zł
W założeniu jest to pędzel do aplikacji cieni, jednak ja właściwie zawsze aplikuję cienie palcem i uważam, że bez sensu jest kupowanie pędzla specjalnie do aplikacji. Kupiłam go jednak w innym celu, a mianowicie do pudrowania korektora pod oczami. Jest to miejsce o niewielkiej powierzchni i trudniej dostępne, przez co zwykły pędzel do pudru czy puszek niekoniecznie się sprawdzał. Pędzel jest dosyć gęsty, dzięki czemu puder rzeczywiście wklepujemy w skórę, a nie we włosie. Używam go również do nakładania cienia/pudru w załamanie powieki przez blendowaniem cieni oraz pod łuk brwiowy.
P44
Cena: 10,99 zł
Również ten pędzel mogłabym nazwać odpowiednikiem skośnego pędzelka z Hakuro, którego używam nawet chętniej niż "pierwowzoru", ponieważ jest cieńszy (być może Hakuro po tylu latach po prostu stracił trochę formę). Bardzo przyjemnie się go używa, zarówno do makijażu brwi jak i kresek eyelinerem czy cieniem.  Jedyny minus jest taki, że włoski mają tendencję do zbijania się a wtedy robią się między nimi "dziury". Dzieje się tak zwłaszcza przy korzystaniu z eyelinera czy po myciu. Wystarczy jednak ścisnąć włosie palcami lub też zrobić eyelinerem kilka kresek na ręce, a całość wraca do normy.


P22
Cena: 21,99 zł
Jest to model, który zupełnie nie należy do niezbędnych, jednak jeżeli macie już skompletowany swój niezbędnik, to szczerze go wam polecam! Używam go zgodnie z przeznaczeniem, czy do rozświetlacza. Wcześniej rozświetlacz nakładałam pędzlem do pudru lub ściętym do różu i było to jak najbardziej w porządku, jednak bardzo chciałam mieć typowy pędzel do rozświetlacza dokładnie w tym kształcie. I był do strzał w 10, od tej pory jeszcze chętniej używam kosmetyków rozświetlających a sama aplikacja jest bardzo przyjemna. Pędzel wykonany jest z włosia kozy.

Jak więc widzicie, zarówno wyglądem jak i jakością, pędzle Hulu są naprawdę bardzo podobne do słynnych i kultowych już pędzelków z Hakuro. Uważam, że obie marki są świetne i godne polecenia, różni je jednak cena. To od was zależy, które bardziej do was "przemówią" :)

Znacie pędzle Hulu? Co myślicie na ich temat?




Nie zapomnijcie o Instagramie!

Instagram

I Facebooku!

dhttp://www.blogger.com/profile/14864244158757461829[email protected]10
tag:blogger.com,1999:blog-6481256220610052383.post-53579114052800978802018-01-09T22:29:00.000+01:002018-01-30T18:12:00.079+01:00Ulubieńcy 2017 | PIELĘGNACJA
Cześć Piękni! 
Nadszedł czas na drugą część ulubieńców roku, tym razem wśród kosmetyków do pielęgnacji. Jeśli czytacie bloga, z pewnością wiecie że pielęgnacja to temat, którym mocno się interesuję. Jestem też fanką pielęgnacji azjatyckiej. Rok 2017 przyniósł mi kilka odkryć pielęgnacyjnych oraz pozwolił podnieść ją na wyższy poziom, między innymi dzięki nowym kosmetykom.






Clinique, Mineral Sunscreen Fluid for Face, SPF 50


Pielęgnacja przeciwsłoneczna jest dla mnie bardzo ważna, szczególnie latem, kiedy więcej wychodzę na dwór oraz odsłaniam więcej ciała. Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej jakie skutki ma wystawianie się na słońce bez ochrony czy opalanie, pisałam o tym tutaj i tutaj. Mimo iż filtr Clinique nie ma podanej wysokości ochrony przed promieniowaniem UVA, postanowiłam mu zaufać (każdy filtr posiada jakąś ochronę przed UVA, a im wyższe SPF, tym wyższa również ochrona UVA). Krem ten uwielbiam za jego konsystencję i wchłanianie. Idąc na plażę, jestem w stanie zaakceptować tłustą warstwę na twarzy. Jednak jeśli chodzi o makijaż, bardzo nie lubię czuć na twarzy takiej warstwy, do której wszystko się klei i która przez cały dzień nie jest w stanie wchłonąć się zupełnie. Filtr Clinique wchłania się szybko, bieli w niewielkim stopniu, jest niewyczuwalny na skórze i dobrze chroni. A to wszystko, czego od filtra oczekuję. Jeśli chcecie poznać moją opinię na temat innych filtrów zapraszam tutaj.




Bobbi Brown, Extra Eye Repair Cream


Swój post pochwalny krem ten otrzymał ode mnie już dawno, więc jeśli interesuje was pełna recenzja, zapraszam tutaj. Nie będę się zbytnio powtarzać, powiem tylko tyle, że jest to krem, który ma baaardzo bogatą konsystencję i bardzo dobrze izoluje skórę od czynników zewnętrznych. Również od makijażu, choć jednocześnie świetnie się z nim zgrywa i jest bardzo dobrą bazą pod korektory. Nie znalazłam jeszcze kremu, który byłby chociaż w połowie tak dobry, jak on.



Olejek myjący, DIY

O myciu skóry olejami piszę już od dawna i od dawna ją stosuję. Dwuetapowe mycie twarzy jest wciąż moją ulubioną metodą oczyszczania (więcej pisałam na ten temat tutaj oraz tutaj). Przepis na własnoręcznie wykonany olejek myjący znajdziecie tutaj. Oleje świetnie rozpuszczają makijaż, nawet wodoodporny. Jednocześnie podczas mycia możemy wykonywać przeciwstarzeniowy masaż twarzy.




Peelingi Lirene


Wspominałam o nich w poście "Kosmetyki, których używam od przynajmniej 3 lat" (klik), więc nie będę się tutaj zbytnio powtarzać. Używam peelingów drobnoziarnistych, chociaż czasami zdarzają się też enzymatyczne. Jestem ich wielką fanką, są delikatne dla skóry, jednak po ich zastosowaniu czuć na skórze wyraźną różnicę. 


Balsamy do ust Carmex 


O nich również wspominałam w poście "Kosmetyk, których używam od przynajmniej 3 lat". Cóż więcej mówić - są świetne i raczej nieprędko z nich zrezygnuję. Mają filtr UV, można wybrać spośród różnych form aplikacji no i przede wszystkim świetnie nawilżają.

To by było na tyle, jeśli chodzi o moich ulubieńców z dziedziny pielęgnacji. Jest ich mniej niż ulubieńców z kolorówki, jednak w przypadku pielęgnacji moje kryteria oceny są bardzo surowe i wszystkie opisane wyżej produkty uważam za ponadprzeciętne w swojej dziedzinie. Nie znalazł się też tutaj żaden krem czy serum, ponieważ nie miałam okazji używać niczego, co spowodowałoby u mnie efekt wow. Jest wiele kremów, toników czy serów, które bardzo lubię, jednak żaden z nich nie wyróżnia się na tle pozostałych, stąd też w poście nie umieściłam żadnego z nich.

Jacy są wasi pielęgnacyjni ulubieńcy? Znacie produkty z mojej listy?



Nie zapomnijcie o Instagramie!

Instagram

I Facebooku!

dhttp://www.blogger.com/profile/14864244158757461829[email protected]13
tag:blogger.com,1999:blog-6481256220610052383.post-16556151703728043922018-01-04T15:51:00.000+01:002018-03-06T21:52:34.708+01:00Ulubieńcy 2017 | KOLORÓWKA

Cześć Piękni! 
Rok 2017 ledwie się pojawił, a już musieliśmy go pożegnać. Był to dla mnie naprawdę dobry kosmetycznie rok, więc postanowiłam podzielić się z wami moimi ulubieńcami. Zaczynamy od perełek wśród kosmetyków kolorowych!




Benefit żel do brwi


Benefit, Ready Set Brow!

Żel ten miałam okazję wypróbować już w 2016 roku, podczas pracy w Sephorze. Zakochałam się w nim od pierwszego użycia, ponieważ nigdy wcześniej nie używałam tak mocnego żelu do brwi. Jest bezbarwny, a więc będzie pasował każdemu, niezależnie od koloru włosków czy sposobu ich podkreślenia. Utrzymuje się na brwiach przez cały dzień i świetnie trzyma je w ryzach. Jak chyba większość tego typu produktów, jest też bardzo wydajny. Jego pełną recenzję znajdziecie tutaj.


Zoeva Cocoa Blend


Zoeva, Cocoa Blend


Paleta ta nie jest moim tegorocznym odkryciem, jednak jest moim ulubieńcem od pierwszego użycia. Piękne kolory, świetna trwałość, łatwe i przyjemne blendowanie. Pełną recenzję palety znajdziecie tutaj: klik. Wykonałam też makijaż przy użyciu tylko tej palety: klik oraz używałam jej przy wielu innych makijaż pokazywanych na blogu, więc możecie podejrzeć jak się spisuje. 


Golden Rose Liquid Matte Lipstick
Golden Rose Liquid Lipstick swatch


Golden Rose, Longstay Liquid Matte Lipstick


Pomadkę tę otrzymałam od marki Golden Rose podczas trzeciej edycji Meet Beauty Conference i również ona od razu stała się moim ulubieńcem. Pięknie wygląda na ustach, a kolor świetnie pasuje do mojej karnacji. Posiadam odcień 18, czyli bardzo klasyczną i kobiecą czerwień. Jedyną wadą produktu jest to, że zjada się on w lekko widoczny sposób, jak gdyby wykruszając (?). Trudno też jest nałożyć drugą warstwę, najlepiej zaaplikować ją przy pierwszym podejściu. Pomadki te stały się hitami blogosfery i zupełnie mnie to nie dziwi.


Pierre Rene gel eyeliner
Pierre Rene gel eyeliner swatches


Pierre Rene, Gel Eyeliner Longlasting


Kolejny produkt z kategorii longlasting oraz kolejny, który miałam okazję przetestować dzięki konferencji Meet Beauty. Początkowo budził we mnie dość negatywne emocje i bardzo trudno mi się z nim pracowało. Nauczyłam się jednak używać go tak, aby współpraca była łatwa i przyjemna. Eyelinerów żelowych używałam od dawna, jednak to co mnie w nim urzekło, to jego trwałość. Producent nie kłamie i rzeczywiście eyeliner jest wodoodporny i bardzo trwały. Próbowałam go nawet zetrzeć dość mocno pocierając skórę i jedynie delikatnie utracił swój kolor, ale ani trochę się nie rozmazał. Aby go używać należy mieć jednak sprawną rękę, bo kiedy zaschnie jest nie do ruszenia i żadne poprawki nie wchodzą w grę.


Mac Face and Body


Mac, Face and Body Foundation


Podkład ten recenzowałam już na blogu (klik), a moja opinia na jego temat była dosyć średnia. Potrzebowałam jednak chyba czasu, aby nauczyć się z nim pracować i ostatecznie jestem z niego naprawdę bardzo zadowolona. Przede wszystkim, nakładam go więcej niż innych podkładów, dzięki czemu stopniuję jego bardzo delikatne krycie. Najlepszy sposób aplikacji to pędzel lub gąbeczka, koniecznie należy go wklepać i wtedy zarówno krycie, jak i trwałość się poprawia. Oczywiście, wciąż nie jest to super mocne krycie, ale odważyłam się zastosować go na wesele, kiedy to mój makijaż musiał wytrzymać 15-16 godzin i wiecie co? Wytrwał i wyglądał pięknie całą imprezę. Oczywiście, zastosowałam pod niego bazę, dobrze przypudrowałam i użyłam fixera. Nie jest to produkt wysuszający, dlatego skóra po kilku godzinach od nałożenia nie stała się smutną wiórką. Podkład utrzymał również konturowanie, róż i rozświetlacz. Jedyny problem to fakt, że mimo posiadania najjaśniejszego odcienia, wciąż jest zbyt ciemny :(


Clinique Instant lift for brows


Clinique Instant lift for brows swatches

Clinique, Instant Lift for Brows


Produktu tego używałam jeszcze w 2016 roku, więc nie jest to tegoroczne odkrycie, ale zdecydowanie tegoroczny ulubieniec. Jest to dwustronna miękka kredka, z jednej strony posiadająca kolor do brwi, z drugiej natomiast rozświetlający produkt pod brwi. Będąc szczera, muszę przyznać że stronę rozświetlającą wypróbowałam raz i więcej tego nie zrobiłam. Według mnie błysk pod brwiami należy zostawić w latach 80, a również różowy odcień tego produktu mi nie przypasował. Strona do brwi jest jednak genialna. Jest to mocno kremowy produkt, który świetnie utrzymuje się na skórze i włoskach. Polecam wybrać odcień jaśniejszy niż ten, który normalnie byśmy wybrali, ponieważ ma bardzo mocne krycie. Jeśli chcecie uzyskać naturalny efekt, warto mocno go wyczesać. Możecie mieć również trudności z wyrysowaniem precyzyjnej linii, warto wtedy wspomóc się cieniem, którym wyznaczymy samą dolną linię, a resztę wypełnimy. Tak czy siak jest to mój ulubieniec, na który zawsze mogę liczyć w wymagających sytuacjach. 
Kobo Sahara Sand

Kobo, Matt Bronzing and Contouring Powder


Bronzer Kobo, który pojawił się w moich ulubieńcach roku 2015 (klik), wciąż jest niekwestionowanym faworytem wśród bronzerów. Lubię go nawet bardziej niż wtedy. Jego kolor świetnie pasuje do mojej jasnej skóry, a odcień jest chłodny, ale nie na tyle, by wyglądać na brudny. Do tego jest trwały, wydajny, a jego cena jest niska - czego chcieć więcej?


Soraya Ideal Beauty


Soraya, Ideal Beauty Body Makeup


Co prawda, nie jest to produkt do twarzy, ale właściwie jest to makijaż do ciała, więc również go tutaj umieszczę. To kolejny kosmetyk na tej liście, który miałam okazję wypróbować dzięki Meet Beauty, a który okazał się hitem. Z racji tego, że się nie opalam, moje nogi zawsze pozostają blade. Problem w tym, że przez moją skórę prześwitują żyłki, przez co nogi wyglądają na sine. Balsam od Soraya świetnie wyrównuje koloryt skóry, a kolor jest dość uniwersalny i wręcz dostosowuje się do naszego. Produkt po wyschnięciu nie brudzi ubrań, co według mnie jest ogromną zaletą.

Muszę przyznać, że moja lista tegorocznych ulubieńców jest dosyć długa. Umieściłam na niej jednak produkty, które naprawdę szczerze polecam i które rządziły w tym roku moją kosmetyczką. Wiele z nich to hity blogosfery i całkowicie rozumiem zachwyt nad nimi. 


Znacie moich ulubieńców? Piszcie co wy umieścilibyście na swojej liście!





Nie zapomnijcie o Instagramie!

Instagram

I Facebooku!

dhttp://www.blogger.com/profile/14864244158757461829[email protected]9
tag:blogger.com,1999:blog-6481256220610052383.post-58513589758636762422017-12-30T15:15:00.000+01:002018-01-04T16:08:19.284+01:00Makijaż w ciepłych barwach
Makijaż w ciepłych odcieniach
Cześć Piękni! 
Święta minęły w mgnieniu oka, Sylwester za pasem, więc czas na moją ostatnią makijażową propozycję oraz w ogóle ostatni w tym roku post na blogu :) Starałam się przygotować coś, co nie będzie bardzo trudne w wykonaniu. Mam nadzieję, że makijaż przypadnie wam do gustu.





Makijaż w brązach

Makijaż opiera się na ciepłych brązach i odcieniach czerwieni. Do jego wykonania użyłam ciepłego brązu z palety Zoeva Cocoa Blend (recenzję palety znajdziecie tutaj) oraz mieszanki różu, czerwieni i pomarańczu z palety Nyx Ultra Brights, o której z pewnością usłyszycie tutaj jeszcze nie raz. Brąz nałożyłam na całą powierzchnię powieki ruchomej, natomiast czerwienie rozblendowałam w załamaniu powieki, kierując się aż do wewnętrznego kącika. Dolną powiekę również podkreśliłam brązem. Używając czarnego cienia z palety Zoeva narysowałam kreskę biegnącą od wewnętrznego kącika oka, zakończoną jaskółką. Nie jest ona super ostra, ale też nie o taki efekt mi chodziło. W wewnętrznym kąciku znalazła się mieszanka brokatów Nyx w odcieniach Copper i Ruby, którą przykleiłam na klej do brokatu tej samej marki. Rzęsy wytuszowałam mascarą Benefit Roller Lash, a następnie dokleiłam Ardell Demi Wispies używając kleju Lashgrip.

Makijaż w czerwieniach


Makijaż z brokatem


Brwi, jak zawsze ostatnimi czasy, podkreślone zostały zestawem cieni do brwi Estee Lauder Brow Now oraz utrwalone mascarą do brwi Benefit Ready, Set, Brow!, o której poczytacie tutaj. Na twarzy znalazł się natomiast krem BB od It's Skin (recenzja tutaj). Cienie pod oczami wstępnie zniwelowałam używając brzoskwiniowej bazy Clinique Superprimer Face Primers Discolourations, a następnie całkowicie zakryłam przy pomocy płynnego kamuflażu Catrice. Całość przypudrowałam ryżowym sypkim pudrem Pierre Rene w strefie T oraz bananowym Wibo na całej twarzy. Bronzer, róż oraz rozświetlacz użyte przy tym makijażu pochodzą z palety Makeup Revolution, o której więcej przeczytacie tutaj. Na koniec moja ostatnia miłość, czyli pomadka Nyx Mat Velvet w odcieniu Volcano, nałożona na konturówkę Golden Rose Emily nr 213.

Jak podoba się wam moja propozycja? Jaki makijaż na Sylwestra planujecie wykonać?




Nie zapomnijcie o Instagramie!

Instagram

I Facebooku!

dhttp://www.blogger.com/profile/14864244158757461829[email protected]13
tag:blogger.com,1999:blog-6481256220610052383.post-17279222992260671972017-12-25T19:56:00.000+01:002018-03-06T21:45:22.580+01:00Recenzja kosmetyków do twarzy Dermena Hydraline
Cześć Piękni! 
Zapewne dobrze wiecie, że pielęgnacja to mój konik i przykładam do niej ogromną wagę. Ciągle testuję nowości czy też odkrywam swoich ulubieńców. W ostatnim czasie testowałam kilka nowych kosmetyków marki Dermena, a jeżeli wy również jesteście na drodze do poszukiwania swoich kosmetycznych ideałów i nie wiecie które produkty warto wypróbować, a które można sobie odpuścić, to mam zamiar dzisiaj trochę wam pomóc.


Markę Dermena przedstawiałam wam na moim blogu już kilka miesięcy temu, kiedy recenzowałam ich produkty do włosów (klik). W ciągu ostatnich kilku tygodni miałam okazję używać linii nawadniającej do twarzy, a dokładniej emulsji oczyszczającej, kremu do twarzy oraz kremu pod oczy i dzisiaj wam o nich opowiem. Wszystkie kosmetyki Dermena zawierają opatentowaną molekułę Regen 7, czyli pochodną witaminy PP (B3), która ma udowodnione działanie regenerujące.



Kremowa emulsja do mycia twarzy Hydraline
Opakowanie: plastikowe z pompką
Pojemność: 200 ml
Cena: ok. 20 zł

Muszę przyznać, że początkowo nie byłam zbyt pozytywnie nastawiona do samej formuły emulsji, zwłaszcza że przyzwyczaiłam się do pianek i żeli oczyszczających. Z czystym sumieniem mogę jednak powiedzieć, że okazał się to strzał w 10! Emulsja delikatnie się pieni, jest naprawdę kremowa i przyjemna w użyciu. Samo opakowanie jest bardzo wygodne - wystarczy tylko nacisnąć pompkę a odpowiednia ilość produktu ląduje na naszej dłoni. Ja stosowałam go wieczorem po olejku myjącym, jako produkt na bazie wody oraz rano samodzielnie.




To, co jednak urzekło mnie najbardziej, to oczywiście działanie emulsji. W ostatnim czasie, kiedy mróz przybiera na sile, a wiatr również nie oszczędza mojej twarzy, mam problemy z podrażnieniem i przesuszeniem skóry. Dlatego bardzo cieszę się, że emulsja Dermena jest naprawdę ultra-delikatna i po jej użyciu nie czuję żadnych negatywnych efektów, jak to ma miejsce w przypadku innych produktów myjących. Rzadko korzystam z produktów aptecznych, ale ten naprawdę skradł moje serce i jest duża szansa, że zostanie ze mną na dłużej.



Nawilżający krem ochronny na dzień Hydraline

Opakowanie: tubka z miękkiego tworzywa
Pojemność: 50 ml
Cena: ok. 20 zł

Krem pochodzi dokładnie z tej samej linii co emulsja oczyszczająca i również wywarł na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Przede wszystkim, bardzo szybko się wchłania. Idealnie nadaje się więc pod makijaż. Myślę, że nawet tłuste czy mieszane cery mogą go polubić, ponieważ w ogóle nie zostawia tłustej warstwy. Opakowanie jest dość higieniczne, nie musimy grzebać palcami w kremie, za co chwała producentowi.
Nie wiem czy to zasługa tego kremu czy też połączenia z innymi kosmetykami lub jeszcze jakiegoś innego czynnika, ale ostatnio zauważyłam, że moja skóra wygląda naprawdę o wiele ładniej. Mam problem z rozszerzonymi porami i tutaj nic się nie zmieniło, jednak skóra wygląda naprawdę fajnie, a koloryt jest jednolity. Ponadto krem zawiera ochronę SPF 10, a to zawsze coś :)
Chciałabym jednak zaznaczyć, że krem ten może okazać się zbyt lekki na zimę i w przypadku wyjścia na zewnątrz warto jednak nałożyć na niego coś o tłustszej formule, aby lepiej chronić skórę przed mrozem i wiatrem.


Wygładzający krem pod oczy Hydraline
Opakowanie: tubka z malutkim aplikatorem
Pojemność: 15 ml
Cena: ok. 15 zł

Jeśli śledzicie mnie dłużej, wiecie zapewne, że moja skóra pod oczami jest bardzo wymagająca i wprost uwielbiam gęste i bogate kremy. Ten natomiast jest leciutki i bardzo szybko się wchłania, co dla wielu osób będzie z pewnością zaletą. Fajnie nawilża, skóra jest po jego nałożeniu gładka i jędrna. Pozostawia na skórze lekką warstwę ochronną, co również jest przyjemnym uczuciem. 
Krem ten zawiera substancje nawilżające takie jak gliceryna, witamina E i inne. 

Kosmetyki Dermena, zarówno te do włosów, jak i do twarzy naprawdę przypadły mi do gustu. Jeśli lubicie produkty dermatologiczne a wasza skóra wymaga nawilżenia, możecie śmiało dać im szansę. Ja polecam je z czystym sumieniem :)

Używaliście już kiedyś kosmetyków Dermena? Jeśli tak, to jak się u was sprawdziły?


Post powstał w wyniku współpracy z marką Dermena



Nie zapomnijcie o Instagramie!

Instagram

I Facebooku!

dhttp://www.blogger.com/profile/14864244158757461829[email protected]6
tag:blogger.com,1999:blog-6481256220610052383.post-41727840106164216322017-12-19T12:56:00.002+01:002017-12-25T19:59:15.820+01:00Świąteczny makijaż 🎄🎉
Cześć Piękni! 
Grudzień w pełni, a już za parę dni zaczynają się Święta oraz Sylwester, dlatego postanowiłam przygotować dla was jakieś makijażowe propozycje. Dzisiaj mam dla was makeup stworzony z myślą o kolacji wigilijnej oraz Świętach samych w sobie, jednak jak najbardziej nadaje się również na Sylwestra.






W okresie świątecznym wszędzie otaczają nas światełka i wszelkie świecące ozdoby, dlatego jest to idealny moment, aby wykorzystać w makijażu wszelkiego rodzaju brokaty czy odbijające światło pigmenty. Z tego względu w mojej propozycji wykorzystałam całkiem sporo brokatu, który ślicznie będzie podkreślał nasze oczy oraz rozświetlacza, którego ostatnio używam w ilościach hurtowych :)
Jeśli chodzi o oczy, zaczęłam od bazy pod cienie Nyx HD, którą uwielbiam. Myślę, że doczeka się recenzji na blogu. Następnie na całą powiekę nałożyłam ciepły brąz z palety Zoeva Cocoa Blend, rozcierając go również w załamaniu. Załamanie oraz zewnętrzne v podkreśliłam dodatkowo czernią z tej samej palety. Na wewnętrzny kącik aż do środka nałożyłam klej do brokatu Nyx. Starałam się to zrobić tak, aby na środku powieki w miejscu granicy nałożyć go mniej. Na klej nałożyłam brokat również marki Nyx w odcieniu Gold. Dzięki odpowiedniemu nałożeniu kleju wygląda to tak, jakby brokat delikatnie zanikał. Na dolnej powiece znalazła się mieszanka użytego wcześniej brązu oraz czerni. Wewnętrzny kącik dolnej podkreśliłam złotym cieniem Maybelline. Następnie używając żelowego eyelinera od Pierre Rene zrobiłam kreskę z jaskółką oraz podkreśliłam linię wodną. Rzęsy wytuszowałam mascarą Benefit Roller Lash, a na koniec przykleiłam moje ulubione Ardellki Demi Wispies.



Podkład jakiego użyłam, to krem bb It's Skin Babyface Moisture, o którym pisałam już tutaj. Pod oczami natomiast znajduje się baza Clinique Superprimer Face Primers Discolourations, która zniwelowała zasinienia oraz kamuflaż w płynie Catrice w odcieniu 01. Konturowanie wykonałam kółeczkiem Kobo, którego recenzję znajdziecie tutaj. Przy okazji wykonywania tego makijażu zrobiłam również turorial konturowania na mokro, gdzie serdecznie was zapraszam (klik). Róż, którego użyłam to Bobbi Brown Cheek Glow Palette w odcieniu Pink Opal & Homecoming Pink. Całość przypudrowałam używając pudru ryżowego Pierre Rene w strefie T oraz Banana Powder od Kobo na całą twarz. Po przypudrowaniu rozświetliłam twarz nakładając na kości policzkowe, łuk kupidyna, nos oraz pod linią bronzera rozświetlacz z trio do konturowania od Makeup Revolution. Jego recenzję znajdziecie tutaj. Na brwiach znalazło się natomiast duo do brwi od Estee Lauder, natomiast na ustach - pomadka w płynie Golden Rose w kolorze 18.




Jak podoba wam się moja klasyczna, ale wyrazista propozycja?



Jeśli szukacie większej ilości inspiracji, zapraszam do obejrzenia moich poprzednich makijaży:







Nie zapomnijcie o Instagramie!

Instagram

I Facebooku!

dhttp://www.blogger.com/profile/14864244158757461829[email protected]10
tag:blogger.com,1999:blog-6481256220610052383.post-85334379584682576972017-12-14T12:02:00.000+01:002017-12-19T12:57:19.074+01:00Jak konturować twarz na mokro? Krok po kroku
Konturowanie na mokro krok po kroku
Cześć Piękni! 
To jest ten post, który powinien się tutaj pojawić już dawno. Mam wrażenie, że moda na konturowanie na mokro już nawet zaczęła zanikać, ale jednocześnie uważam, że to nie moda powinna definiować czy używamy jakiejś makijażowej techniki, a jej użyteczność i efekty, jakie daje. Dlatego dzisiaj mam dla was tutorial z konturowania na mokro oraz opowiem wam dla kogo jest to dobre rozwiązanie i jak w ogóle się za to zabrać.


Na początek wyjaśnijmy sobie czym w ogóle jest konturowanie na mokro. Polega ono na używaniu produktów płynnych lub kremowych w celu uwydatnienia, ukrycia czy też lekkiej zmiany kształtu niektórych partii naszej twarzy. Jeszcze kilka lat temu na rynku prawie nie istniały produkty do konturowania na mokro, a jedyną możliwością było używanie w tym celu zbyt ciemnego podkładu.
Sama pamiętam filmik Red Lipstick Monster, kiedy zachwalała ten sposób modelowania twarzy. Z racji, że byłam w posiadaniu zbyt ciemnego dla mnie podkładu, postanowiłam wypróbować tę metodę. Niezbyt przypadła mi ona jednak do gustu, ponieważ użyty przeze mnie podkład nie miał odpowiedniego odcienia. Mimo, iż wciąż wiele dziewczyn poleca używać w tym celu ciemnych podkładów, ja jestem raczej przeciwniczką takiego sposobu. 
Na rynku dostępne mamy obecnie między innymi kremowe podkłady czy kamuflaże stworzone specjalnie do konturowania, płynne produkty w aplikatorach z gąbeczki lub włosia czy kredki. Jest więc w czym wybierać. Sama posiadam wiele różnych produktów tego typu i uważam, że wybór najlepszego uzależniony jest tylko i wyłączenie od osobistych preferencji. Konturowanie, które zaprezentuję wam dzisiaj wykonane jest kółeczkiem do modelowania twarzy od Kobo, którego używam już od dawna. Jeśli chcecie przeczytać jego recenzję, zapraszam tutaj. Tymczasem przejdźmy do praktyki.

Konturowanie na mokro

1. Na początek nakładamy na twarz podkład. Jeżeli używacie bazy, oczywiście również należy ją wcześniej zastosować. Podkład powinien mieć formułę płynną (kosmetyki mineralne, niestety, raczej odpadają), ponieważ na tym polega cały sekret, aby połączyć dwa płynne produkty. W przypadku podkładów mineralnych lepiej stosować tradycyjne konturowanie. Na nałożony podkład nie nakładamy również pudru.



Konturowanie tutorial

2. Używając ciemniejszego produktu, wyznaczamy linie w miejscach, które modelujemy. Są to zwykle: miejsce pod kością jarzmową, czoło, broda, nos. Ciemny produkt ma wyglądać jak naturalny cień, dzięki czemu wygląd naszej twarzy lekko się zmieni. Produkt jaśniejszy ma wyglądać jak naturalna wypukłość (na miejsca wypukłe pada najwięcej światła, przez co są jaśniejsze), dlatego też nakładamy go np. na szczyty kości policzkowych czy szczyt nosa. Możemy również nałożyć go na środek czoła czy brody.



Konturowanie

3. Całość rozcieramy pilnując, aby wyglądało to spójnie, ale jednocześnie aby kolory nie wymieszały się za bardzo. Możecie do tego celu użyć gąbeczki lub pędzli. Jeśli zdecydujecie się na pędzle, macie dwie opcje - użycie jednego, którym najpierw rozetrzecie produkt jasny, a dopiero później ciemny lub też użycie dwóch do każdego rodzaju produktu oddzielnie. W takich przypadkach dobrze sprawdza się pędzel, który wcześniej użyty był do podkładu, ponieważ jest już mokry oraz są na nim pozostałości podkładu, dzięki czemu blendowanie jest łatwiejsze. Wtedy jednak używamy go tylko do ciemniejszego produktu. Niezależnie od tego którą metodę wybierzecie, warto zadbać aby pędzel był wilgotny, dzięki czemu nie będzie wchłaniał produktu oraz rozcieranie będzie łatwiejsze. Jeżeli okaże się, że nałożyliście zbyt mało jasnego czy ciemnego produktu, możecie nałożyć je ponownie i rozetrzeć.


4. Jeśli efekt was zadowala, możecie przypudrować całość lub miejsca na twarzy, które pudrowania potrzebują. Pamiętajcie, że puder sprawi, że różnice w kolorze będą mniej widoczne, dlatego warto najpierw trochę poćwiczyć i sprawdzić jak mocno należy wykonturować twarz, aby przypudrowanie jej nie sprawiało, że wypracowany wcześniej efekt zniknie lub znacznie zblaknie. Niestety, ale zapomniałam uchwycić ten moment na zdjęciu, myślę jednak że nie sprawi wam to problemów.


I voila! Mam nadzieję, że mimo panującej od dawna mody na konturowanie mokrymi produktami, mój post jednak komuś się przydał i pomógł wam lub chociaż zachęcił do wypróbowania :) Jeżeli chcecie zobaczyć cały makijaż z dzisiejszego posta, to niedługo również pojawi się on na blogu :)


Jakie są wasze ulubione produkty do konturowania na mokro?




Nie zapomnijcie o Instagramie!

Instagram

I Facebooku!

dhttp://www.blogger.com/profile/14864244158757461829[email protected]7